Wydana w 1972 mikropowieść (dwie godziny z życiorysu wam zabierze, trzy, jeśli będziecie w trakcie lektury robić notatki) jest dziełem na miarę swoich czasów. Motywy, które porusza, niestety się nie zestarzały, ale wykonanie już owszem - nie ma tu bohaterów na miarę Estravena czy nawet Falka. Czy zatem współczesny czytelnik znajdzie w "Słowo las znaczy świat" coś interesującego?




Są takie książki, które mnie ukształtowały jako człowieka. Tytuły, bez których nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia, do których zawsze wracam i które zawsze stoją u mnie na półce. "Opowieści z Narnii", "Gra Endera" oraz "Lewa ręka ciemności". I dziś o tej ostatniej.

(Tak, wiem, powiało powagą. Czasami tak trzeba.)

W punktach, bo na tym etapie ten serial na nic więcej nie zasługuje.



1. Norbury, panowie Moffat, i Gatiss, Norbury po tysiąckroć.

2. Jak już lodówkujecie kobietę, to A) niech ona nie wraca jako duch z telewizora B) niech faktycznie służy to rozwojowi bohatera.

3. Gdzie jest mój odcinek skupiający się na Johnie? To najciekawszy bohater tego serialu i te drobne wskazówki, że staje się równy Sherlockowi, jeśli chodzi o dedukcję, są wspaniałe - a potem nic z nich nie wynika.

4. Jak to dobrze, że rodzeństwo Newtona się z nim bawiło w dzieciństwie, nie, i w efekcie zamiast mordować ludzi napisał tylko dwa tomy Principiae?

5. Euros/Eurus, tak fantastycznie zagrana (zresztą słabej kreacji aktorskiej w tym sezonie nie uświadczysz, kudos za poziom aktorów, którzy mimo okropnych scenariuszy wyciągniętych z cylindra postanowili dać z siebie wszystko), tak koszmarnie napisana. I ta rodzina Holmesów, która wie, że jej córka zabiła pięciolatka, ale dopiero puszczenie domu z dymem daje im impuls do działania.

6. Culverton Smith, ach! To był miły odcinek, z jedną w gruncie rzeczy zagadką, z fantastycznymi dedukcjami i z demitologizacją seryjnych morderców. Mniej więcej aż do momentu, gdy otwierają się ukryte drzwi w ścianie.

7. O tym, jak okropnie serial potraktował nieheteronormatywnych bohaterów, napisał Gryzipiór.

8. Kocham fanfiki, nawet te do własnej twórczości, ale jak uwielbiałam grę z kanonem w "Study in Pink" czy "Scandal in Belgravia", tak trzech Garridebów czy Mulsgrave Ritual przyprawiały mnie tylko o ból zębów.

9. "The Final Problem" kojarzył mi się tylko i wyłącznie z moim nowych hobby, czyli escape roomami.

10. 

Wydane w 1967 roku "Miasto złudzeń" kończy pewien okres w cyklu Hain. W gruncie rzeczy każda z trzech czytanych przez nas w ramach wyzwania powieści napisana jest według tej samej sztancy fabularnej: Obcy-mężczyzna ratuje świat, w którym przyszło mu żyć, przed zagładą/zagrożeniem. Taki był Rocannon, taki był Agat i taki sam jest Falk - jednak każdy z nich jest inny.

Jest to dowód, obok poetyckości języka, na rozwijający się warsztat pisarki Le Guin. Osobiście lubiłam lekko tolkienowskiego Rocannona, szczerze nie znosiłam Agata i miałam dosyć obojętny stosunek do Falka, niesionego z prądem/uparcie dążącego do celu - dopóki nie zmienił się Ramarrena. To jest właśnie ten definiujący moment, w których rodzi się pisarz: gdy za pomocą kilku słów, gestów czy zwyczajów tworzy bohatera na nowo. I tę umiejętność zobaczymy w pełni w kolejnej powieści.

W kolejnej powieści wreszcie porzucimy też bohatera-mężczyznę. Pod tym względem "Miasto złudzeń" jest jakby krokiem w tył: Rolery była współnarratorką, a tu kobiety znowu są relegowane do ról drugoplanowych: uległe, pozostawiane z tyłu. Czyżby eksperyment z bohaterką się nie powiódł?

Mam nieodparte wrażenie, że "Miasto złudzeń" byłoby doskonałym serialem. Świat post-apo, powieść drogi, bohater z amnezją, taoizm, kosmici, odkrywanie sekretów (toż to Ameryka, my jesteśmy na Ziemi!) plus seks i przemoc w stylu HBO. Ale jednocześnie serial mógłby oferować ciekawe spostrzeżenia antropologiczne, gdy Falk wędrując po spustoszonym świecie spotyka coraz to nowe enklawy/narody: hipisi, samotnicy, Pszczelarze, barbarzyńcy, Shinga, książę Kansas, wędrowcy każdy z nich aż prosi się o przeniesienie na mały ekran, ze nie wspomnę o Domu Zove czy Es Toch. A do tego ciekawe, niejednoznaczne relacje między bohaterami, wojna psychologiczna, odkrywanie/budowanie tożsamości i wreszcie ostateczne poświęcenie - i rozważania: "Kim jestem?" "Skąd pochodzę?" "Gdzie jest mój dom?"

Czasem warto jest sięgnąć po książkę, która w tym roku kończy pół wieku i zostać miło zaskoczonym. A co wy sądzicie o "Mieście złudzeń"?
"Kawaii Scotland" znalazłam, jak większość dobrych rzeczy w życiu, w czeluściach internetu i zupełnie mam w nosie fakt, że takiego pierwszego zdania już użyłam.

Było to tak: zamawiałyśmy w pracy kalendarze z Gindie na 2017 i jakoś tak w oko mi wpadła polska manga. Dotychczasowe doświadczenia wyraźnie pokazały, że manga to coś właściwego li i jedynie Japończykom i nawet idealny styl rysowania nie wystarczy, bo przenieść ją na rodzimy grunt.



Co więc sprawiło, że "Kawaii Scotland" wylądowało w koszyku, a w końcu i u mnie na półce?