niedziela, 12 kwietnia 2015

Skutek uboczny smutnych szczeniaczków

Nie wiem jak wy, ale ja spędziłam ostatni tydzień ekscytując się aferą związaną z tegorocznymi nominacjami do Hugo. W zeszłą sobotę radowała mnie perspektywa shitstormu, który co roku wybucha, i nie omieszkałam się radością oczekiwania podzielić na FB, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania; okazało się też, że Twitter przydaje się do czegoś innego niż pytanie Brytyjczyków o rozmiar (koszulki, take your mind out of the gutter), bo pozwalał mi na błyskawiczne czytanie komentarzy obu stron. Jeśli nie wiecie, o czym piszę, polecam lekturę tego wpisu, który owszem, jest strasznie długi, ale chyba najlepiej i najbardziej obiektywnie wyjaśnia cały problem - co wbrew pozorom nie jest proste. A jeśli chcielibyscie wziąć udział w debacie w bardziej aktywny sposób, to Mary Robinette Kowal rozdaje akredytacje wspierające na Worldcon, które dają prawo głosowania na nagrodę Hugo.

środa, 25 marca 2015

Postgeekism?

Było to tak: Marcin Zwierzchowski dostał bloga na Polityce i napisał notkę inauguracyjną, która nie była ani specjalnie mądra, ani specjalnie ważna, ale sprowokowała MRW do czegoś w rodzaju ciętej riposty, w której określił stan współczesnego geekowstwa ze swojego subiektywnego, co zdaje się być kluczem do zrozumienia problemu, punktu widzenia.

Przyszło mi od razu na myśl to:

Time to die.

czym nie omieszkałam się z MRW podzielić. Bo go w sumie lubię, choć czasami bredzi jak potłuczony i uważa, że Transformers skończyło się na Marvelu w 1984 - co właściwie też jest symptomatyczne.

Niestety, okazało się, że ceniony przeze mnie Ziuta ma podobne poglądy, a Misiael, najnowsze echo chamber MRW, poświęcił zjawisku cały wpis. No halo, chłopaki! Zgredzialiście.

To nie jest tak, że współczesne pokolenie geeków jest głupie, to po prostu wy nie nadążacie. Ale nie martwcie się, nie tylko wy. Środowiska akademickie również. Nie nadążacie za pokoleniem, które nie wychowało się za PRLu czy czasów zimnej wojny, dla którego główną platformą wymiany fanowskiej nie są drukowane na powielaczu i rozprowadzane za pomocą tradycyjnej poczty fanziny, tylko internet, a w szczególności tumblr. Ci młodzi ludzie nie szukają drugiego dna (które, spójrzmy prawdzie w oczy, bardzo często służyło do oszukania cenzury, vide Lem, Zajdel), posthumanizm znajduje się na peryferiach ich zainteresowań. Oni (my?) dbają o inne sprawy: reprezentację rasową w mediach, gender fluidity; mają, podobnie jak wy, mocno lewicowe poglądy. Ich perspektywa analizy fantastyki jest inna, bo inne są narzędzia, które do tego celu wykorzystują. Ich autorytetami nie są Slavoj Żizek czy Simone de Beauvoir (również z powodu ich młodego wieku), ale inni bloggerzy. Zamiast pisać długą notkę, stworzą gifa, który w szybszy sposób zilustruje ich punkt widzenia.  Chętniej operują na emocjach niż na ideach, szkiełko versus oko.

Czy przez ich wkład w fanowski dialog powinien być umniejszany? Bo robią rzeczy inaczej niż to było robione kiedyś? No nie. I może kiedyś to pojmiecie. Albo podzielicie los Roya Batty'ego.

środa, 18 marca 2015

Włóczę się po teatrach

Miesiąc wytrzymałam, moi drodzy, bez pisania. Może wytrzymałabym dłużej, ale wczoraj poszłam na "Makbeta" z The Globe i dostałam po głowie "momentem", a nawet trzema. I nawet nie chodzi o to, że chciałabym się tym z wami podzielić, bo raczej niekoniecznie, ale wolę to zapisać dla samej siebie, ku tak zwanej pamięci.

  
(Co nie znaczy, że pisanie FGttG będzie regularnie kontynuowane. Nie będzie.)