Wciśnięto mi książkę, co do jakości której miałam od lat spore wątpliwości, z przykazem przeczytania i wyrażenia opinii. Nie wiem, czy możliwe jest faktycznie obiektywne podejście do jakiekolwiek wytworu kultury w dzisiejszych czasach - większość z nich ma jeszcze przed publikacją określony target, grupę potencjalnych odbiorców, na których koncentrują się wysiłki marketingowe. Jeśli dana rzecz zyskuje fanów poza tym ściśle określonym kręgiem, wydarzają się zjawiska niesamowite, viralowe. Tak było z "Twilightem", z "50 twarzami Greya", które nie bez powodu przywołuję, bo podobnie jak "Zniewolony książę" wywodzą się z kultury fanfikowej (TM), z "transformative arts" - a to mój wielki konik. Mój problem z "Zniewolonym księciem" polegał jednak na tym, że wyraźnie była to opowieść mająca na celu głównie emocjonalno-seksualne zaspokojenie czytelniczek, z wykorzystaniem wszelkich dostępnych erotycznych kinków z arsenału BDSM.

Miło mi zaraportować, że nie mogłam się bardziej mylić w ocenie.


*kicha od kurzu w powietrzu*

Whoa, trochę mnie tu nie było, prawda? Czy ktoś oprócz mnie zagląda po ten adres czy też udało mi się go odciąć na zawsze od uczęszczanej części internetu? Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było.

Co u mnie słychać? Ach, to co zwykle, czyli w gruncie rzeczy nic ciekawego - może oprócz tego, że postanowiłam zostać człowiekiem ilustrowanym. Tak, tak, mam nowe hobby, chyba najbardziej bolesne z moich dotychczasowych zainteresowań (zwłaszcza dla portfela bolesne) i trochę bardziej stałe niż ucieczki z escape roomów (które po PolandEscape 2018 straciły sporo na uroku)...


Michał Ochnik z bloga Mistycyzm Popkulturowy zwrócił w jednej z niedawnych notek uwagę na fakt, że w startrekowej utopii, którą jest "The Next Generation", każdy z członków załogi Enterprise realizuje się artystycznie w co najmniej jednej dziedzinie. Oprócz ukończenia Gwiezdnej Akademii, co z pewnością wymagało poważnych umiejętności z zakresu STEM (akronim od "science, technology, engineering, and mathematics"), bohaterowie mieli czas, by nauczyć się grać na puzonie bądź brać udział w przedstawieniach na scenie. Ba, zakładam, że zajęcia artystyczne, jako rozwijające myślenie, wspomagające empatię oraz socjalizujące, były częścią akademickiego sylabusa dla potencjalnych członków floty Federacji.


Charlie Brooker, twórca kultowego (nie bójmy się użyć tego słowa) "Black Mirror", wydaje antologię opowiadań. Autorką jednego z nich będzie Claire North, która ma na swoim koncie kilka niezłych książek. Problem polega na tym, że Claire tak naprawdę nie istnieje. A raczej: istnieje, ale dzieli jedno ciało z dwoma innymi pisarkami: Catherine Webb, która pisała książki dla młodych czytelników oraz Kate Griffin, autorką powieści z nurtu urban fantasy dla dorosłych. Jedna z nich pracuje też jako oświetleniowiec w National Theatre. :D

Przypadek Claire zainspirował mnie do przyjrzenia się powodom, dla których pisarki postanawiają posługiwać się pseudonimami.


Skończyło mi się miejsce na regałach. Tak, wiem, problemy pierwszego świata. Bo, gdyby nie czytnik, pewnie skończyłoby się dużo wcześniej. Miejsce w mieszkaniu też się kończy, więc zwiększenie liczby półek raczej nie wchodzi w grę. Rozwiązanie jest tylko jedno: EKSTERMINACJA.