czwartek, 21 maja 2015

Gwałt jako narzędzie narracji

Do tej pory nie zdarzyło się, żebym siadła do notki zrezygnowana i zniechęcona do niej, zanim w'ogle napiszę pierwsze zdanie. Ale tak dziś jest. Wiem, że notka, którą właśnie zaczynam sprawi, że stracę obserwujących, a może i szacunek sporej rzeszy znajomych. Wiem, że nie jestem w odpowiedniej kondycji psychicznej, żeby się z tym zmierzyć. Wiem również, że muszę.


W internetach rozpętał się shitstorm związany ze sceną gwałtu dokonanego w noc poślubną na Sansie Stark przez jej męża Ramsaya Boltona, do patrzenia na co zmuszony został Theon Greyjoy. Sporo osób poczuło się zniesmaczonych użyciem gwałtu jako chwytu narracyjnego, uważając, że taka scena nie powinna się znaleźć na ekranie. Serwis The Mary Sue zdecydował się zaprzestać promocji serialu i przeczytawszy ich argumentację uważam, że nie mogły podjąć innej decyzji.

W polskim internecie Marcin Zwierzchowski po raz drugi w tym tygodniu puścił się peronu (przepuściłam linkę przez odpowiedni program, nie nabijecie mu wejść na bloga), widząc w całej scenie przede wszystkim punkt zwrotny dla Theona. Androcentryzm światopoglądowy strikes back, jak widać; po blogerze popkulturowym oczekiwałam znajomości terminu "lodówkowanie kobiet" i jego wpływu na współczesne dzieła kultury, no ale.

Jak ja to widzę?

Sceny gwałtu w'ogle nie widzę. A nie widzę, bo przestałam serial oglądać jeszcze w pierwszym sezonie. Nie jestem fanką prozy GRRMa, nie interesowała mnie ani historia Westeros, ani estetyka HBO. Nie zamierzam do niego wracać. Ale tak jak ja podjęłam swoją decyzję, tak podjęli ją ludzie, którzy zdecydowali się dooglądać serial aż do piątego sezonu. W międzyczasie Khal Drogo zgwałcił Dany, Dany zaordynowała ludobójstwo, Petyr prowadził burdele, Cersei i Jaime mieli trójkę dzieci z kazirodczego związku, Jaime wypchnął Brana za okno, w trakcie Czerwonego wesela zamordowano gości i dziecko w łonie matki, jednego z bohaterów wykastrowano, jednemu zmiażdżono w trakcie pojedynku głowę, Petyr wypchnął swoją gospodynię przez dziurę w podłodze, a to tylko przykłady, które właśnie przyszły mi do głowy (tak szczerze mówiąc to nie wiem, czy wszystkie te zdarzenia miały miejsce w serialu, opieram się głównie na książkach). Jeśli więc gwałt na Sansie był słomką, która złamała grzbiet wielbłąda, to mam nadzieję, że fani oburzali się również na pozostałe kwestie (wiem tylko o sprzeciwie wobec sceny gwałtu na katafalku). Inaczej są hipokrytami, bo dokładnie wiedzieli, co oferuje materiał źródłowy i produkcja HBO. A jeśli nie wiedzieli, no cóż, mogli przestać oglądać, tak jak ja, w trakcie pierwszego sezonu, w okolicach zaaranżowanego ślubu pomiędzy Daenerys i Khalem Drogo. Bo ten serial ocieka brutalnością i seksem, często jednocześnie.

Jak już wspomniałam, nie oglądam GoT, ale mąż zapewnia mnie, że scena gwałtu wydarzyła się w książce, jeszcze brutalniej, bo była gwałtem zbiorowym, na Jeyne Poole. Jeyne Poole jest jedną z tych postaci, w które w ramach adaptacji materiału źródłowego zostały wycięte dla lepszej dynamiki wydarzeń rozgrywających się na ekranie. W powieściach została podstawiona jako Arya Stark (czyli osoba znacznie młodsza niż Sansa w serialu, prawie dziecko), Boltonowie zaś od początku wiedzieli, że nie jest to prawdziwa Starkówna. Po jej uwolnieniu oszpecona Jeyne nadal musi udawać Aryę, bo inaczej zostanie oddana do burdelu. Jest po prostu pionkiem w grze o tron. Czy taki sam los spotka Sansę w serialu? Osobiście nie sądzę, Sophie Turner gra postać zdecydowanie inną od książkowego oryginału i sporo ważniejszą. Ale czas pokaże.

Czy uważam, że przemoc wobec kobiet nie powinna być pokazywana na ekranie? Hm, to trudne pytanie. Ja sama nie znoszę przemocy (chyba że rozmawiamy o wielkich robotach), więc unikam wytworów kultury, które nią epatują. Jednocześnie stoję na stanowisku, że skoro opowiadana historia wymaga przemocy, to trzeba ją pokazać, inaczej ucierpi historia. Nie uważam, że "Casino Royal" jest gorszym filmem dlatego, że Bond jest torturowany przez Le Chiffre'a czy "Kick-Ass", bo jeden z bohaterów płonie żywcem, a drugi gotuje się w ogromnej mikrofalówce. W "Dziewczynie z tatuażem" Lisbeth Salander byłaby innym człowiekiem, gdy nie jej kurator; "Thelma i Louise" też pewnie byłoby innym filmem.* Myślę, że "Gra o tron" też nie stała się gorszym serialem od ostatniego odcinka. Można pewnie było nocy poślubnej nie pokazać, ale twórcy zdecydowali inaczej i szanuję ich decyzję w równej mierze, jak tę redakcji The Mary Sue.

Może tak: dla mnie osobiście najgorszą rzeczą jest cierpienie dzieci. Do dziś nie widziałam "Grobowca świetlików" i jeśli się uda, nie zobaczę go do końca swoich dni. Brutalną śmierć niemowlęcia w "Rivers of London" po prostu odchorowałam i do dziś na jej wspomnienie robi mi się słabo. Czy mimo to żądam, by w kolejnych reedycjach książki scena została wycięta? Nie, bo Aaronovitch zdecydował, że jest ona potrzebna i ja to szanuję. (A prawo fanów do ingerencji w dzieło, no cóż, to temat na inną notkę, taką, której ja się nie podejmuję.)

A na koniec przykład z życia. Pianista James Rhodes jako sześcioletnie dziecko był wielokrotnie gwałcony przez trenera w szkole z internatem. Rezultatem była trauma psychologiczna, emocjonalna, fizyczna, uszkodzenia na ciele i psychice, operacje. Swoje przeżycia opisał w autobiografii zatytułowanej "Instrumental", której publikacja została zablokowana przez byłą żonę Rhodesa, która powoływała się na dobro ich wspólnego syna (u którego zdiagnozowano Aspergera). Wczoraj brytyjski Sąd Najwyższy zezwolił na publikację wspomnień. Rhodes usłyszał wyrok w towarzystwie żony i swojego bliskiego przyjaciela Benedicta Cumberbatcha, o wyroku na Twitterze poinformował jego inny przyjaciel Stephen Fry. Ja osobiście po książkę nie sięgnę, z powodów, które opisałam paragraf wyżej, ale jeśli dzięki niej inna ofiara gwałtu zdecyduje się na szukanie pomocy czy oskarżenie sprawcy, jestem za. Jeśli zaś scena gwałtu na Sansie uzmysłowi komuś, że w małżeństwie też może mieć miejsce przemoc seksualna, to jej pokazanie na ekranie jest uzasadnione. Nie tylko fabularnie.

*Znamienne jednak jest, że oba przykłady o kobietach są atakiem seksualnym. Znam dwa takie przykłady "męskie", "Wróbla" Mary Dorii Russell oraz film "Deliverance".

piątek, 15 maja 2015

Bo to zła książka była

Jeśli jesteście zainteresowani sceną serialową lub po prostu lubicie SF, pewnie zauważyliście zwiastun do serialu opartego na "The Magicians" Leva Grossmana. Wygląda nieźle, nawet ja muszę to przyznać - ale nie będę go oglądać. Dlaczego?

Bo tak się ciekawie złożyło, że akurat tydzień wcześniej wypożyczyłam pierwszy tom trylogii z biblioteki. I o rany, tak złej książki nie czytałam od czasów "His Dark Materials" Pullmana (no dobra, po drodze był jeszcze "Maze Runner", ale ten tytuł był pozbawiony ambicji, w przeciwieństwie do tych dwóch). Miałam szczery zamiar ją dokończyć, przede wszystkim w ramach analizy porównawczej z "Fangirl" Rainbow Rowell na płaszczyźnie bohaterów-fanów - mam nawet rozbabrane notatki - ale doszłam do sceny, w którym bohaterowie uprawiają seks po raz pierwszy w postaci lisów na Antarktydzie, bo hormony wzięły górę i uznałam, że życie jest za krótkie na aż tak złe książki. Nie mogę uczciwie napisać porównania, zwłaszcza, że wiem z wikipedii, co w "The Magicians" dalej się dzieje. Ale notatek mi żal, więc dziś będzie krótko o książkach, które starają się zbyt bardzo.

czwartek, 14 maja 2015

Sen nocy letniej

Drogi pamiętniczku!

Dziś w teatrze odkryłam, że bawi mnie niezmiernie rubaszny humor na scenie, jeśli tylko aktorzy są brytyjscy. Dominic Dromgoole dosyć ładnie i czysto udowodnił mi, że niesłusznie zazwyczaj wycina się z adaptacji sztukę o Pyramie i Tyzbe, bo jest to chyba najlepszy fragment "Snu nocy letniej" - jeśli tylko zatrudni się utalentowanych komicznie aktorów. Pamiętniczku, popłakałam się ze śmiechu.

Co do reszty obsady, to Lysander starał się jak mógł, ale ten (ziew) wątek (ziew) miłości, która (ziew) "never did run smooth" (ziew) jest nie do uratowania, zwłaszcza jeśli wróżki uprą się, by sztukę ukraść: tak było dziś. Puk-nastolatek, Tytania/Hipolita (i jej dwór), ale przede wszystkim John Light jako Oberon/Tezeusz (te jego miny! to drzewo!) to prawdziwe gwiazdy tego spektaklu. "Sen nocy letniej" nie jest moją ulubioną komedią Szekspira, ale właśnie zaczynam polować na DVD (w rozsądnej cenie). Bo jest to coś, do czego chcę wracać, do czego będę wracać wtedy, gdy będę potrzebować ucieczki od rzeczywistości.

Albo poprawy humoru, bo jednak prawdziwymi gwiazdami byli poczciwi ateńscy rzemieślnicy i to im należą się laury. Tak robić z siebie osłów, drogi pamiętniczku, to nie każdy potrafi.

A wy, drodzy znajomi, którzy do teatru/kina ze względu na okoliczności różnorakie życiowe nie dotarliście, nadróbcie to, gdy będziecie mieć okazję. Bo warto, och, jak bardzo warto!

(Na pocieszenie zostawię wam moją od dziś drugą ulubioną wersję "Snu nocy letniej", dzięki której nie tylko kobieta obok mnie, ale i ja mogłam się popisywać znajomością tekstu sztuki z pamięci.)



P.S. (Bo od wczoraj mi ta sztuka z głowy wyjść nie może.) Od czasów "Rocky Horror Show" nie czułam tak pełnego zachwytu i zanurzenia w wydarzenia na scenie. To była radość, karnawał w najczystszej postaci: aktorzy bawili się znakomicie, a dzięki nim również widownia. Nie było elementów chwytających za serce, ale to nie wada. To była rozrywka najwyższej próby.