Michał Ochnik z bloga Mistycyzm Popkulturowy zwrócił w jednej z niedawnych notek uwagę na fakt, że w startrekowej utopii, którą jest "The Next Generation", każdy z członków załogi Enterprise realizuje się artystycznie w co najmniej jednej dziedzinie. Oprócz ukończenia Gwiezdnej Akademii, co z pewnością wymagało poważnych umiejętności z zakresu STEM (akronim od "science, technology, engineering, and mathematics"), bohaterowie mieli czas, by nauczyć się grać na puzonie bądź brać udział w przedstawieniach na scenie. Ba, zakładam, że zajęcia artystyczne, jako rozwijające myślenie, wspomagające empatię oraz socjalizujące, były częścią akademickiego sylabusa dla potencjalnych członków floty Federacji.


Charlie Brooker, twórca kultowego (nie bójmy się użyć tego słowa) "Black Mirror", wydaje antologię opowiadań. Autorką jednego z nich będzie Claire North, która ma na swoim koncie kilka niezłych książek. Problem polega na tym, że Claire tak naprawdę nie istnieje. A raczej: istnieje, ale dzieli jedno ciało z dwoma innymi pisarkami: Catherine Webb, która pisała książki dla młodych czytelników oraz Kate Griffin, autorką powieści z nurtu urban fantasy dla dorosłych. Jedna z nich pracuje też jako oświetleniowiec w National Theatre. :D

Przypadek Claire zainspirował mnie do przyjrzenia się powodom, dla których pisarki postanawiają posługiwać się pseudonimami.


Skończyło mi się miejsce na regałach. Tak, wiem, problemy pierwszego świata. Bo, gdyby nie czytnik, pewnie skończyłoby się dużo wcześniej. Miejsce w mieszkaniu też się kończy, więc zwiększenie liczby półek raczej nie wchodzi w grę. Rozwiązanie jest tylko jedno: EKSTERMINACJA.


Wszyscy znamy cykl Imperial Radch, prawda? Pierwszy tom, "Ancillary Justice", zdobył chyba wszystkie nagrody branżowe i szturmem wspiął się na listę moich ukochanym powieści wszech czasów. W październiku tego roku wyszła kolejna powieść, "Provenance", osadzona w tym samym universum, acz zdecydowanie w innym kawałku, która sprawiła, iż zaczęłam pragnąć space opery of manners (wiecie, fantasy of manners, ale w kosmosie). I wtedy przyszła Nina i zapytała, czy czytałam opowiadania Leckie.


Najpierw był oburz - co, ja nie czytałam opowiadań Leckie? Oczywiście, że czytałam. Ale Nina cierpliwie dopytała, czy czytałam coś poza cyklem Radch - i tu odpowiedź była negatywna. Okazało się również, że popełniłam straszliwy błąd. Bo widzicie, Leckie ma drugi cykl, opowiadań osadzonych we wspólnym świecie i powiem wam, że nieśmiało skłaniam się ku myśli, że jest to lepsze niż przygody Breq i spółki...

Otóż jest to fantasy o świecie, w którym bogowie żyją obok ludzi. Bogowie raczej w rzymskim rozumieniu tego słowa, pomniejsze bóstwa plączą się pod nogami szukając wyznawców i ofiar. Im więcej ofiar (krwawych) i modlitw, tym silniejsze bóstwo. Ludzi (całe społeczności nawet) zawierają z nimi umowy jak z baśni, obwarowane zakazami. Jest jeszcze jedna zasada: bogowie nie mogą skłamać. Jeśli powiedzą nieprawdę, muszą mieć dostatecznie dużo mocy, by kłamstwo stało się prawdą - inaczej zginą.

W ten świat Leckie wrzuca społeczności różnorakie: państewko na wyspie, rybaków na bagnach, leśne plemiona i bogatych mieszkańców pustyni, i każda z tych grup ma swoje zwyczaje, częściowo podyktowane ich umowami z bogiem/bogami. Przy czym zdarza się, że żadna ze stron nie jest zadowolona z wynegocjowanych warunków.

Nie wiem jak wy, ale ja osobiście czekam na cały zbiór opowiadań. Chwilowo jednak możecie poczytać pojedyncze opowiadania:






Jeśli o którymś zapomniałam, dodajcie link w komentarzu. Miłej lektury!
Pamiętacie, jak w zeszłym roku zachwycałam się "Fanfikiem" Natalii Osińskiej? Dobra wiadomość jest taka, że wychodzi druga część (już 11 października!) 


Lepsza wiadomość jest taka, że narratorem jest Leon! #teamLeon

A najlepsza wiadomość jest taka, że już dziś możecie poczytać, jak robię squee (egzemplarz recenzencki!)