Boss z Oz

by 17.10.11 6 komentarze
Ten post jest próbą rekonstrukcji mojej prelekcji z seminarium literackiego sprzed kilku lat. Niestety, notatki zaginęły, diabeł nakrył je ogonem i nie umiem ich znaleźć, w związku z tym musiałam całość odtworzyć z pamięci i nie wiem, w jakim stopniu mi się to udało. Nieważne, prawdopodobnie nikt, kto był na tej prelekcji, nie przeczyta tego posta; wpis jest intertekstualny i intermedialny, oraz kompletnie chaotyczny.

1. O książce
Oryginalna okładka z ilustracją Denslowa.
Gdy L. Frank Baum publikował w 1900 roku (u nas wtedy Wyspiański pocił się nad "Weselem") pierwszy tom przygód zaradnej dziewczynki z Kansas imieniem Dorotka, którą tornado przeniosło do dalekiej krainy Oz, pewnie nawet mu w głowie nie postało, że ponad sto lat później jego powieść będzie jak Lenin - wiecznie żywa. Postaci z książki: Tchórzliwy Lew, Blaszany Drwal czy Strach na Wróble to kamienie milowe popkultury, przetwarzane na sto różnych sposobów w różnych mediach; zapewne koniec tego fenomenu prędko nie nastąpi. Oryginalna powieść pod tytułem "Czarnoksiężnik z krainy Oz" jest bowiem fantastyczną opowieścią, która może być odczytywana według wielu kluczy i na wielu poziomach interpretacji: jako wspaniała, niestarzejąca się powieść dla dzieci, jako historia feministyczna (wszak nie od dzisiaj wiadomo, że Baum miał mocno feministyczne poglądy i podziwiał swoją teściową, Matildę Joslyn Gage, znaną sufrażystkę) lub jako metafora kapitalistycznego świata, choć ta interpretacja pojawiła się dopiero w 1964 za sprawą Henry'ego Littlefielda. Sam Baum zawsze podkreślał, że pisał dla dzieci oraz by zarobić na utrzymanie rodziny. Kolejne tomy ukazywały się aż do roku 1920 - w tym dwa ostatnie już pośmiertnie. Choć sam stworzył tylko 17 tomów, cała seria liczy ich 39, pisanych przez lata przez różnych autorów. Od 1956 roku całość jego twórczości jest własnością publiczną i jako taka może być prawie dowolnie przetwarzana.

2. O filmie słów kilka

Judy Garland w otoczeniu przyjaciół.
Do sukcesu książek Bauma przyczynił się znacznie film z 1939 roku, gdzie młodziutka Judy Garland wciela się w rolę Dorotki, a Margaret Hamilton w ikoniczną już rolę Wicked Witch of the West. To właśnie film sprawił, że do dziś jest ona zawsze zielonoskóra, a Gregory Maguire (o którym więcej w przedostatniej części posta) zadedykował jej swoją powieść "Wicked", w której główna bohaterka jest działaczką na rzecz zwierząt - zupełnie jak Hamilton, która w latach 70-tych występowała regularnie w spotach reklamowych instytucji przeciwdziałających okrucieństwu wobec zwierząt.

Film wprowadził jednak kilka niepokojących zmian do oryginalnej fabuły. Przede wszystkim Dorotka z silnej, odważnej i zaradnej dziewczynki przeobraziła się w damę w opałach, co zapewne byłoby nie w smak feminizującemu Baumowi, gdyby ciągle żył. Druga zmiana również jest bardzo poważna - otóż cały film zdaje się sugerować, że Dorotce jej przygody w krainie Oz się po prostu przyśniły (Czarownica ma nawet swój odpowiednik w "realnym" świecie), podczas gdy Baum zawsze podkreślał, że Oz jest istniejącą, acz trudną do odwiedzenia krainą. Zmieniono również kolor trzewików noszonych przez Dorotkę po tragicznie zmarłej Wicked Witch of the East - w książce są one srebrne, a w filmie już rubinowe, bowiem taki kolor lepiej wyglądał na taśmie filmowej - więcej o odcieniach piszę w kolejnej części.

Warto również wspomnieć, że z filmu pochodzą piosenki, które w tej chwili są już klasykami: "Over the Rainbow" oraz "We're Off to See the Wizard" - o czym więcej w sekcji o inspiracjach muzycznych.

I w końcu chyba najważniejszy wpływ filmu na kulturę popularną, czyli jego znaczenie dla kultury queerowej. Judy Garland to ikona campu, a wyrażenie "friend of Dorothy" potocznie używane jest jako zamiennik dla słowa "gej"; podobno ma to swój początek w akceptacji przez Dorotkę Tchórzliwego Lwa, który sam siebie określa jako "sissy" i "gentle" i widoczne są w jego zachowaniu i gestach manieryzmu tradycyjnie utożsamiane z homoseksualnymi mężczyznami. Równie prawdopodobna jest hipoteza, iż całe zjawisko zostało zapoczątkowane przez piosenkę "Over the Rainbow" - jak wiadomo, tęcza jest jednym z symboli kultury LGBT. Śmierć Garland jest uważana przez historyków jako powód do wszczęcia zamieszek znanych jako
Stonewall riots.


Drogi święty Mikołaju, piszę do ciebie ten list...

3. Wpływ na język  potoczny

Trudno powiedzieć, które słowa i powiedzenia weszły do potocznego języka z książek Bauma, a które z filmu, dość rzec, że jest ich dzisiaj w języku angielskim sporo. Po pierwsze więc słowo "munchkin", oznaczające mieszkańców Oz. Są to przypominające nieco krasnale istoty, i choć Baum nie opisywał ich jako takich, wizerunek ten został utrwalony przez ilustracje Denslowa oraz film z 1939, do którego zatrudniono 122 karłowatych aktorów. Aktualnie słowo "munchkin" oznacza również małe dzieci lub łobuzerskie zwierzątka - a także stosunkowo nową rasę kotów z przykrótkimi nogami. W żargonie graczy RPG "munchkin" to gracz, który szarżuje i w tym znaczeniu użył go Steve Jackson tworząc w 2001 roku bardzo popularną karciankę pod tym tytułem.

Innym bardzo popularnym wyrażeniem jest "yellow brick road". Trudno właściwie powiedzieć, skąd ten pomysł wziął się w głowie Bauma, choć badacze wskazują, że mógł zostać zainspirowany drogą wykładaną żółtymi cegłami w miejscowości Holland w stanie Michigan, gdzie Baum spędzał wakacje.

Stara reklamowa instalacja w Harrodsie.
Rubinowe trzewiczki natomiast zawdzięczamy filmowi - w książce są bowiem srebrne! Co zabawne, w polskim tłumaczeniu są już czerwone, bowiem tłumacz postanowił ujednolicić ich kolor, a że film był w Polsce znany i lubiany, to i buciki zmieniły kolor. Moim ulubioną grą intertekstualną jest jednak pomysł Maguire'a (powtórzony potem w musicalu "Wicked"), gdzie buciki są oryginalnie srebrne  (jak w książce Bauma), a potem pod wpływem zaklęcia Wicked Witch of the West zmieniają kolor na rubinowy!

Każde amerykańskie dziecko wie również, że cytat "I'm melting!" dotyczy śmierci Złej Czarownicy, polanej przez dzielną Dorotkę wodą - jest to scena, która zawsze zajmuje wysokie miejsca w rankingach najbardziej przerażających scen w kinematografii.

Kolejnym bardzo popularnym wyrażeniem jest oczywiście wypowiedziane przez Dorotkę do jej psa po lądowaniu w Oz zdanie "I have a feeling we’re not in Kansas anymore, Toto!". Oznacza ono dziś sytuacje niezbyt komfortową, gdy znaleźliśmy się w miejscu lub towarzystwie, gdzie czujemy się jak ryba wyjęta z wody - czyli po prostu nie pasujemy do otoczenia.

Sama nazwa krainy Oz często jest używana na określenie Australii - czyli dziwnego kraju, gdzie wszystko stoi na głowie. :D Prawda jest jednak taka, że słowo "Oz" jest bardzo podobne w wymowie do słówka "Aussie", czyli określenia mieszkańca Australii i dlatego się przyjęło w języku potocznym. Ciekawym, świadomym rozwinięciem tego zjawiska jest nazwanie Sydney "Szmaragdowym Grodem", co było oficjalnym hasłem obchodów 75-tej rocznicy wybudowanie mostu nad zatoką w tym mieście.

4. Inspiracje muzyczne

Err...
Pierwszy musical na podstawie "Czarnoksiężnika z krainy Oz" został wyprodukowany już przez Bauma i Denslowa (który współdzielił z nim prawa autorskie) w 1903 roku na scenie teatru w Chicago - czyli zaledwie trzy lata po publikacji bestsellerowej powieści. Tytuł skrócono do "The Wizard of Oz", na plakacie reklamowym umieszczono Blaszanego Drwala, a całość skierowana była do widzów dorosłych i nawet okazała się być sukcesem.

Zanim jednak w 2003 roku  na deskach broadwayowskiego teatru zadebiutował hitowy "Wicked", wielu twórców sięgało po motywy znane z powieści. Po pierwsze więc, jak już wcześniej wspomniałam, film z 1939 z genialną, niezapomnianą rolą Judy Garland, dał nam co najmniej dwie kultowe piosenki; przede wszystkim oscarową "Over the Rainbow" - co zabawne, piosenka została wycięta z pierwszych wersji filmu, ponieważ według dwóch producentów spowolniała akcję. Jej covery zostały nagrane przez wielu artystów, między innymi Franka Sinatrę, Doris Day, Ellę Fitzgerald czy Kylie Minogue - kilka innych znajdziecie pod linkami. :D Utwór regularnie zdobywa pierwsze miejsca w plebiscytach na najbardziej popularną piosenkę w historii filmu.

Zarówno "Over the Rainbow", jak i „We’re Off to See the Wizard” zostały użyte jako motyw przewodni w „Hyperionie” i „Upadku Hyperiona” Dana Simmonsa - czyli książkowej space operze o grupie pielgrzymów, którzy wyruszają, by spotkać się z przerażającą istotą zwaną Chyżwarem, wiedząc, że tylko jednemu z nich to się uda, a reszta zginie okrutną śmiercią. A wesolutka "Din-Dong! The Witch Is Dead!" została ostatnio użyta w trzecim sezonie mojego ukochanego serialu, czyli "Glee" - i nie jest pierwszą piosenką z filmu, która tam trafiła...

Jedna z popularnych urban legends mówi, że jeśli włączymy płytę Pink Floyd "The Dark Side of the Moon" (1973) w momencie, gdy po raz trzeci zaryczy lew z loga Metro-Goldwyn-Meyer na początku filmu "Czarnoksiężnik z krainy Oz", to utwory z płyty będą odpowiadać w niezwykły sposób wydarzeniom na taśmie filmowej. Proceder ten, podobno bardzo popularny wśród fanów, znany jest szerzej jako "Dark Side of the Rainbow" lub "Dark Side of Oz" lub "The Wizard of Floyd". Pomysł na taki oryginalny sposób oglądania wziął się zapewne z okładki płyty Floydów. Nigdy tego nie próbowałam, bo sprytnie przeliczyłam, że album jest jednak nieco krótszy niż film, więc raczej nie ma to sensu.

Wspomniałam już o oryginalnym musicalu Bauma i Denslowa z 1903 roku, warto więc też wspomnieć o prawdziwym kuriozum. W 1975 roku na Broadwayu debiutował "The Wiz" - była to całkowicie afroamerykańska wersja musicalu "The Wizard of Oz". Przedstawienie zdobyło nawet nagrodę Tony, więc w 1978 postanowiono przenieść go na ekran. Główne role w filmie zagrali Diana Ross i Michael Jackson. Zmiany fabularne dotyczyły kilku rzeczy: po pierwsze Diana Ross była zbyt stara na rolę Dorotki, więc zamiast dziewczynki z farmy w Kansas zagrała nauczycielkę z nowojorskiego Harlemu. Całość również uwspółcześniono oraz powrócono do srebrnego koloru bucików. Film jednak okazał się być finansową klapą. W 2004 roku planowano broadwayowski revival "The Wiz", ale wszystko rozeszło się po kościach.

Zabawny, acz niesamowicie trafny komentarz.
Do skutku doszedł natomiast musical tandemu Andrew Lloyd Webber i Tim Rice, którzy stworzyli przedstawienie w oparciu o film z 1939 roku - reklamujący go plakat powoduje u mnie uczucia rodem z uncanny valley za każdym razem, gdy go zobaczę, co w ostatnich tygodniach było dosyć częste, bowiem jest dokładnie taki sam, jak plakat reklamujący film "The Wizard of Oz". Musical można aktualnie zobaczyć w teatrze London Palladium (jak się dostanie bilety, ha ha); zawiera on wszystkie piosenki z filmu plus kilka nowych, napisanych specjalnie na potrzeby produkcji. Odtwórczyni roli Dorotki, Danielle Hope, została wyłoniona w wyniku reality show pod tytułem "Over the Rainbow" - nie jest to pierwszy raz, gdy Webber zastosował tą nietypową formę castingu.

Moim ukochanym ukłonem w stronę Bauma i jego dzieła jest jednak piosenka jednego z najbardziej uwielbianych przeze mnie zespołów na świecie, czyli Scissor Sisters, pod tytułem "Return to Oz" - chyba najbardziej depresyjna z całej pierwszej płyty. Na wydanym w 2004 roku DVD koncertowym znajduje się nawet film dokumentalny o zespole, również zatytułowany "Return to Oz" oraz dziesięciominutowy skecz, w którym członkowie Scissor Sisters odgrywają postaci z filmu "Czarnoksiężnik z krainy Oz".



Również John Barrowman nie oparł się chęci dołączenia do kultu, choć w zdecydowanie przewrotny sposób - zapewne zainspirowany tekstem "My future is unlimited" z piosenki "The Wizard and I" z musicalu "Wicked" śpiewał w trakcie swej trasy koncertowej własną przeróbkę pod tytułem "The Doctor and I", gdzie wcielał się w rolę Jacka Harknessa, czyli postać graną przez siebie w "Doktorze Who" oraz odpryskowym "Torchwood". Popular demand był tak wielki, że w końcu nagrał piosenkę oficjalnie i można ja zakupić jako bonus track na brytyjskich iTunesach.

5. A tymczasem w TV

Et tu, Alan Cumming...
"Czarnoksiężnik z krainy Oz" posłużył również za kanwę wielu opowieści telewizyjnych: "The Emerald City" to tytuł jednego z epizodów nagradzanego "The Boardwalk Empire". W 2005 roku stworzono wersję muppetową, gdzie Quentin Tarantino gra samego siebie. Czarnoksiężnikowi poświęcono również cały epizod serialu "Scrubs", a  w trzecim sezonie "Lost" jeden z bohaterów porównany jest do Oza manipulującego wydarzeniami zza kurtyny. Bardziej subtelne odniesienie można znaleźć w "South Parku" (o ile cokolwiek w tym serialu można nazwać subtelnym...), gdzie w pewnym momencie prezydent Kanady jest pokazany pod postacią wielkiej głowy - głowa pojawia się również zresztą w nieco zapomnianym, acz bardzo dobrym serialu SF pod tytułem "Sliders". Inne odniesienia w kreskówkach znajdują się w "Robot Chicken" oraz "Futuramie".

Jednak jedną z najbardziej popularnych wersji jest ta stworzona przez kanał SyFy, pod tytułem "Tin Man", która sprawiła, że znienawidziłam Zooey Deschanel oraz straciłam nieco szacunku dla Alana Cumminga. Ta uwspółcześniona wersja naprawdę niewiele wspólnego ma z oryginałem: postaci i kilka wątków fabularnych. Nie da się też jej oglądać na trzeźwo. Właściwie sama jestem sobie winna, że próbowałam, wcześniej bowiem zabrałam się z SyFy-ową "Alice", która też była słaba i przewijałam ją jedynie dla scen z Kapelusznikiem. Ogólnie rzecz biorąc czujcie się ostrzeżeni: nie warto oglądać przeróbek klasyki by SyFy Channel.
Z tego powodu nie zamierzam też oglądać miniserii z tego roku pod tytułem "The Witches of Oz": sparzyłam się, a streszczenie fabuły, gdzie Dorothy Gale to autorka bestsellerowych powieści, która nagle odkrywa, że wymyślane przez nią fabuły to tak naprawdę na wpół zapomniane przez nią wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Oz, wcale nie zachęca do oglądania.

Nie, po prostu nie mogę na to patrzeć.
Jak już wspomniałam o różnych adaptacjach, to tylko w przelocie napiszę, że na najbliższe lata szykują się dwa dosyć ciekawe filmy: w 2013 ma mieć premierę "Oz: The Great and Powerful" w reżyserii Sama Raimiego, gdzie  w rolę Czarnoksiężnika wcieli się James Franco, a rok wcześniej w kinach pojawi się "Dorothy of Oz", film animowany i jak sądzę z uwagi na odtwórczynię roli tytułowej, czyli znaną z "Glee" Leę Michele, również muzyczny.

Jak już wspomniałam o "Glee", to jeszcze tylko mimochodem napomknę, że Glinda i Elphaba z Original Broadway Cast "Wicked", czyli genialne Kristin Chenoweth oraz Idina Menzel, pojawiły się w serialu wielokrotnie - co u mnie za każdym razem powoduje wybuch fanowskiego squeee!

6. "Wicked" - książka i  musical

P.S. Lalkę też chciałabym dostać.
I tak zgrabnie doszliśmy do przedostatniej części mojego przydługiego wywodu - jeśli dotrwaliście do teraz, to wiedzcie, że będzie już z górki.

W 1995 Gregory Maguire opublikował powieść dla dorosłych zatytułowaną "Wicked: The Life and Times of the Wicked Witch of the West" (w Polsce wydaną w zeszłym roku), opowiadającą historię krainy Oz, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Poruszył on tak poważne tematy jak zdrada małżeńska, faszyzm, rasizm oraz co tak naprawdę znaczą słowa "zły" i "dobry" - czyli sprawy, jakie w książce dla dzieci nie mogły mieć miejsca. Całość opowiedziana jest z perspektywy Elphaby (imię to zostało stworzone przez Maguire'a od inicjałów L. Franka Bauma), Złej Czarownicy z Zachodu i jest absolutnie cudownym przetworzeniem oryginalnej fabuły, która np. w bardzo ciekawy sposób wyjaśnia, skąd tak naprawdę wziął się Strach na Wróble. Prawa do ekranizacji zostały zakupione przez Universal Pictures z zamiarem sfilmowania, ale Stephen Schwartz przekonał studio, by pozwoliło mu na zrobienie musicalu, który miał broadwayowską premierę w 2003 roku i od tej pory został wystawiony na scenach w Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz Japonii, odnosząc niebywały sukces. W obsadzie oprócz duetu Chenoweth/Menzel (obie nominowane za swoje role do nagród Tony, choć tylko ta druga ją dostała) jako Czarnoksiężnik został obsadzony Joel Grey - czyli Emcee z "Kabaretu", który był sztandarową pozycją w CV Lizy Minelli, córki Judy Garland.

Dekadę później, już po wielkim sukcesie musicalu, Maguire wypuścił sequel do swojej powieści, czyli "Son of a Witch". W planach ma jeszcze dwie powieści osadzone w tym samym świecie. (ETA: Spriggana wyłapała mój błąd, nie sprawdziłam źródeł, tylko pisałam z pamięci; tom czwarty wychodzi w przyszłym miesiącu)

7. I co dalej?

Ilustracja autorstwa Heidi Jo Gilbert.
30 września 2010 roku absolwentka uczelni CalArts Heidi Jo Gilbert  wystosowała petycję do Stephena Schwartza w odpowiedzi na plotki o planowanej adaptacji filmowej "Wicked" (która do dzisiaj jest tylko "planowana"), by pozwolił w zamian zrobić jej film animowany, który jej zdaniem lepiej odda klimat musicalu. Stworzyła nawet video z planszami storyboardu, które zdobyło sporą internetową sławę, głównie dzięki reblogowaniu przez użytkowników tumblra. Trudno powiedzieć, czy film animowany (lub aktorski) kiedykolwiek powstanie - ale miło pomarzyć...







    Rusty Angel

    Fangirl

    Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.