Notka o tapetach

by 15.2.13 19 komentarze
Kwiatki.
I o podłogach, oraz o jednej biblioteczce (kuchnię ominęłam, ale możecie zobaczyć film i fronty szafek, ach, te fronty szafek!). Jak widać, jest w niej wszystko oprócz sensu. Mówiłam przecież, że ja nie należę ostatnio (może nigdy nie należałam) do tej samej klasy blogerów, którzy dają odpór pannie Małochleb albo piszą cudownie o musicalach. Nie, mnie zajmuje projektowanie wnętrz (poczekajcie tylko, aż zrobię tę notkę o salonach w "The Big Bang Theory", ha!)

Zwiędłe kwiatki. I kamizelka.
Anyway, odwiedził nas ostatnio znajomy, w ramach zawiązywania konwersacji okazało się, że nigdy nie widział Lucky Number Slevin, it's a shame i w'ogle, więc mu puściliśmy, nas było dwoje, on jeden, nawet jak ignorujemy demokrację i jej zasługi (nas dwoje, on jeden) na rzecz uprzejmej gościnności, to nadal jesteśmy silniejsi od jednego gościa i nie zawahamy się użyć naszej przewagi, bo to bardzo fajny film z samymi bardzo dobrymi rolami, odpowiednio pokręconym scenariuszem i zapamiętywalnymi ujęciami, poza tym Josh Hartnett, którego bardzo lubię, nie fangirluję, ale zawsze z przyjemnością oglądam na ekranie. Oglądamy sobie spokojnie, ja coraz bardziej podejrzliwie, i w końcu zrobiłam facepalma jak się patrzy. No bo niby wiedziałam, że ten sam reżyser odpowiada za wiekszość odcinków "Sherlocka", ale co innego mieć tę wiedzę gdzieś w głowie, a co innego mieć jej potwierdzenie czarno na białym na ekranie.

Podłoga, wpuszczona w nią okrągła kanapa oraz ściany!
Oprócz tego, że nie czarno na białym, wręcz przeciwnie, rozmawiamy o psychodeli. Znaczy się ja rozmawiam, wy się pewnie zastanawiacie, czym zdrowa na umyśle. Wygląda bowiem na to, że McGuigan, Paul, postanowił zostać być zapamiętany jako ten reżyser, który w filmach ma na ścianach dziwne tapety. No serio, sporo już zostało powiedziane na temat tapet w "Sherlocku" (dziękujemy, Wear Sherlock!), ja osobiście zdołałam sobie wyrobić niezły fetysz na punkcie tapet (choć może to tylko kwestia brytyjskich aktorów na ich tle - chociaż nadal żałuję, że nie poszłam zwiedzać domu Williama Morrisa, gdy miałam okazję, więc raczej nie, przecież nie mam pewności, że w którymś z pokoi Benedict Cumberbatch opiera się niedbale o ścianę), ale dopiero powtórny seans "Lucky Number Slevin" mi uzmysłowił, jak wielką rolę te tapety w filmografii McGuigana odgrywają.

Luksfery (za Hartnettem)
(Nie widziałam "Wicker Park", właściwie dlaczego nie widziałam "Wicker Park", tam podobno jest nagi Josh Hartnett! Znaczy się, nie żeby nie było półnagiego Hartnetta w "Lucky Number Slevin", oczywiście, że jest, jak się ma takie ciało, to należy je pokazywać na ekranie jak najczęściej, takie jest moje zdanie. Ekhem, ale my tu o tapetach rozmawiamy, więc nie wiem, czy w "Wicker Park" też są dziwne tapety, ale zakładam, że są. Czułabym się mocno rozczarowana, gdyby ich nie było, cała moja teoria ległaby w gruzach.)

Kto układa książki na półkach w ten sposób, no kto?
Jeśli przeszło wam przez myśl, że za wybór tapet nie odpowiada przecież reżyser, tylko kierownik artystyczny albo dekorator ujęć, a przecież przy "Lucky Number Slevin" i przy "Sherlocku" pracowali inni ludzie, no Rusty, bredzisz jak potłuczona, to pozwólcie, że jak zła królowa z tej lepszej ekranizacji "Śnieżki" powiem tylko "Agree to disagree". No bo może i jest to prawda, ale któż inny jak nie reżyser, ten kierownik nad kierownikami, mówi innym kierownikom pracującym przy produkcji, jakiego efektu wizualnego dokładnie oczekuje i w jaki (mniej więcej, bo przecież to nie jego kompetencje, ktoś inny za to bierze kasę) sposób chciałby to osiągnąć. W przypadku McGuigana wyobrażam sobie, że mówi coś w rodzaju: "PSYCHODELA! Psychodela rodem z lat 70-tych! Te brzydkie amerykańskie motele niech będą dla cię inspiracją! I niech się tło gryzie z kostiumami!!!", po czym dodaje "BUAHAHAHAHA!!!", a set designer zaczyna cichutko szlochać w rękaw, bo to kłóci się z jego latami wyrabianym francuskim gustem.

Plansza do gry.
W przypadku "Sherlocka" było chyba jeszcze łatwiej, wystarczyło powiedzieć: "Pani Hudson na pewno jest przywiązana do designu z lat swojej młodości, ja widzę salon na Baker Street 221B wypełniony po brzegi przedmiotami z połowy zeszłego wieku, dajcie mi ciemne tapety, politurowane barki z przesuwanymi szklanymi drzwiami, BAUHAUS, BAUHAUS, powiadam, BUAHAHAHA!", a Moffat z Gatissem zacierają rączki i uśmiechają się zadowoleniem. Mógł się też wykazać przy domu Irene Adler ("Coś kojarzącego się z upper class, ale nie tak nabździubdzianego, delikatne wzory, jasne kolory, ma być elegancko i zimno, jak w hotelu w Belgravii. Co proszę, mówicie, że odcinek ma tytuł "Skandal w Belgravii"? No popatrz, jak to się dobrze składa!")

Instant headache.
A jeśli nadal się opieracie moim błyskotliwym argumentom, to chciałabym tylko przypomnieć, że taki Wes Anderson wszystkie swoje filmy kręci w podobnej palecie kolorystycznej (nawet te animowane!), więc fiksacja McGuigana na punkcie designerskich tapet i innych powierzchni tła nie wydaje się być aż takim dziwactwem, prawda? Każdy reżyser powinien mieć jakiś znak rozpoznawczy. To sprawia, że jest rozpoznawalny. Mieć swój własny styl. Tylko może mniej przyprawiający o ból gałek ocznych, proszę...

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.