Jeszcze raz o zombie gejach

by 13.4.13 7 komentarze
Bo się ten serial ode mnie odczepić nie może. Zresztą wcale tego nie chcę. A w'ogle notka nie jest o zombie gejach, przykro mi, chciałam mieć po prostu przyciągający wzrok tytuł.

SPOILERY do "In the Flesh"

Dobry serial poznaje się między innymi po tym, że nie pozwala zasnąć. Leży sobie człowiek nocą w łóżku, wie, że rano musi wstać do pracy, ale zamiast wtulić się ramiona Morfeusza myśli: "Wow, rodzina Walkerów jest jednak toksyczna." No bo nie pozwalają synowi, który nie chce żyć (nadal? ponownie?) na eutanazję. Bo jest przecież Steve, który po śmierci Kierena zamknął się w sobie i nie odzywał się nawet do żony, bo Jem, która po samobójstwie brata stworzyła siebie na nowo jako agresywną zabójczynię, by nie dać się więcej zranić. Więc rodzina, część żyjąca, zdecydowała kolektywnie, że lepiej mieć Kierena-zombie niż nie mieć go wcale. Bo przecież należy im się druga szansa, może tym razem nie podetnie sobie żył. Jednocześnie jednak rodzice decydują, że samemu Kierenowi druga szansa z Rickiem się nie należy. Gdyby nie Jem, która mimo bycia gwiazdą HVF, rozumie brata, długo by się jeszcze nie dowiedział, że Rick wrócił z Afganistanu. Więc toksyczni ci rodzice, toksyczna ta siostra, która z powodu Kierena śpi z coltem pod poduszką i może toksyczny sam Kieren, który nie decyduje się powiedzieć, co myśli, tylko zaciska zęby dla dobra innych.

No więc człowiek nie śpi.

I myśli o Amy, którą jedna choroba zabiła, a druga stygmatyzuje. Więc ma dziewczyna tę wymarzoną drugą szansę, wreszcie może "grać", a nie tylko "grzać ławkę" i desperacko próbuje to robić, a społeczność jej każe równać w dół, dopasować się do reszty, bo jak nie, to zobaczy (i pożałuje). Więc Amy, która chce być silna, żyć pełną piersią, nie oglądać się na innych, zostaje zmuszona do szukania wsparcia u kogoś, kto wyraźnie nie jest godzien zaufania, ale za to głosi, że powstali z martwych są lepsi od żywych - w co ona bardzo chce uwierzyć.

Jest pierwsza w nocy, człowiek nadal nie śpi, bo jak zaczął myśleć o chorobie Amy, to przychodzi mu na myśl, że właściwie zombiactwo, w "In the Flesh" dosyć wyraźnie metafora homoseksualizmu, może też być potraktowane jako metafora depresji. Bo miejsce, w którym trzymani są pacjenci z PDS przypomina trochę szpital psychiatryczny: wszyscy noszą te same piżamowe stroje, biorą leki, uczestniczą w terapii grupowej. Wracają do rodziny, która nie do końca wie, jak ich traktować. Gdy nałożą makijaż i soczewki kontaktowe, właściwie trudno się zorientować, że są chorzy. Są w stanie funkcjonować w społeczeństwie, ale mimo to decydują się raczej zostawać w domu. Udają, że wszystko z nimi w porządku (Kieren jedzący obiady mamy, Rick pijący alkohol), bo gdy tego nie robią (Amy wchodząca do pubu bez makijażu), są ostracyzowani przez innych, zdrowych ludzi.

Choć może to raczej HIV, bo przecież ludzie wierzą, że można się PDS zarazić.

Sen nadal nie przychodzi, myśli się kołaczą, człowiek zaczyna więc myśleć o tym, jak świetnie napisaną i zagraną postacią jest Steve Walker (Walker, hehe, niezły żart) - taki wycofany, mówiący głównie o filmach i pracy, lekko nerwowy, kryjący się za fasadą miałkich, pustych słów - a potem, w ostatnim odcinku, okazuje się, jak wielki jest naprawdę ogrom jego tragedii, co przeżył po samobójczej śmierci syna. I nagle ta scena z pierwszego epizodu, gdy rodzice odbierają Kierena z ośrodka, nabiera całkiem innego znaczenia; Steve nie jest głupi, nie traktuje syna z rezerwą - mimo iż minęły lata, on po prostu zbyt dobrze pamięta, co wydarzyło się w jaskini. I boi się tego, co czuje, tego, co jeszcze może się wydarzyć, bo wie, że ponowna utrata Kierena złamie go do końca. Poza tym syn, kiedyś znajomy, teraz musi się Steve'owi wydawać nieobliczalnym. Zdecydowanie lepiej Kierena rozumie matka, która też kiedyś chciała umrzeć z miłości. Ojciec go nie pojmuje, akceptuje, chce chronić, ale nie pojmuje.

I tylko o najgorszej z godzin, czwartej nad ranem, nadal rozbudzonemu człowiekowi zdarza się pomyśleć, że właściwie koncepcja uleczonych zombie nie ma sensu, że ciało jest ciałem i musi się rozpadać (no chyba ich nie moczyli miesiącami w formalinie w tym ośrodku - w każdym bądź razie na pewno w ten czy inny sposób śmierdzą), entropia robi swoje, że z serialu dosyć wyraźnie wynika, że PDS nie jest chorobą, wirusem czy czymś w tym stylu, lecz raczej cudem, aktem "łaski" bożej, niewyjaśnionym fenomenem. Cały serial jest po prostu alegorią najpośledniejszego sortu. Ale zaraz potem człowiek sobie przypomina, że nie logika wydarzeń świadczy o sile tego serialu, ale raczej to, jak dobrze (wręcz wybitnie) portretuje ludzi, jak tworzy klimat beznadziei, jednocześnie tę nadzieję widzowi dając. Dzięki temu można go bez wstydu postawić obok "Never Let Me Go" czy "I'm Here" (oba filmy z Andrew Garfieldem).

Jeśli zaś pretensjonalny styl tego wpisu was nie wymęczył, polecam całkiem rzeczową dyskusję pomiędzy Pluszakiem a mną, która wywiązała się pod poprzednim postem, głównie na temat interpretacji zachowania Amy i Jem. Ja jeszcze długo nie będę miała ochoty przestać rozmawiać o "In the Flesh", w związku z tym nie warto ode mnie oczekiwać sprawozdania z oglądania "Cold War", które powinno się pojawić na blogu jutro. Ale go nie będzie, bo odcinek był dla mnie nieco mdły. Nawet fakt, że kapitanem radzieckiego okrętu podwodnego był Cebulowy Rycerz, a pierwszym oficerem Brutusek nie wywołał u mnie wybuchu entuzjazmu. Zombie mnie popsuły. :D

P.S. Osobie (osobom?), które linkują tu z FB serdecznie dziękuję za nagły wzrost wejść na bloga. Niestety FB nie pozwala mi podejrzeć, kto konkretnie nas (mam nadzieję) poleca, więc nie mogę podziękować imiennie (co mnie trochę wkurza).

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.