Jak przestałam lubić Baya i zaczęłam kochać komiksy

by 26.11.14 13 komentarze
Moje uwielbienie dla wielkich robotów jest chyba czytelnikom tego bloga powszechnie znane: piszę o tym często i z upodobaniem. Pewnie jednak nie wiecie, że chwilowo zostałam zdetronizowana i o wiele większą fanką Transformersów jest Beryl: kupuje seriale, artbooki i komiksy, paraduje z decepticonową naklejką na plecaku (OK, ja też mam taką plakietkę, na komputerze) i czyta fanfiki. Opowiada też wszystkim z lubością i "nawraca jako ten Świadek Primusa", oferując znajomym kolejne tomy "More Than Meets the Eye" do czytania. I wiecie co? Cieszę się bardzo, że to robi, bo dzięki temu ja mam okazję przeczytać najlepszy komiks w tym roku i wam o nim opowiedzieć.

Zdjęcie grupowe. Nie przywiązujcie się do bohaterów.

Zdaję sobie sprawę z tego, że część z was już przestała ten wpis czytać, z powodu wielkich robotów. Trochę szkoda, bo w rękach dobrego scenarzysty (a takim niewątpliwie jest prowadzący serię James Roberts) opowieść o wielkich robotach staje się na tyle uniwersalna, że powinna się spodobać wszystkim. Zacznijmy jednak od początku.

"This series follows the adventures of Rodimus and his team as they travel through space, hunting for the legendary Knights of Cybertron and having adventures along the way. But mostly it's about lonely nobodies hanging out pretending they have friends."

Nie tylko Swerve lubi Drifta - ja też.
W komiksach trwająca miliony lat wojna pomiędzy Autobotami a Decepticonami wreszcie się zakończyła. Boty wracają na zrujnowany Cybertron w celu jego odbudowy, ale okazuje się, że nie wszyscy odnajdują się w powojennej rzeczywistości. Optimus Prime odstawia focha (chanellując przy tym Rose Tyler z "Doctora Who") i odlatuje w siną dal. Jego Autoboty są podzielone: część pod przewodnictwem Bumblebee i Prowla chce ułożyć sobie (i innym) życie na Cybertronie, część postanawia szukać szczęścia (w postaci mitycznych Rycerzy Cybertronu) wśród gwiazd. Tu linie komiksowe się dzielą: "Robots in Disguise" opowiada o odbudowie Cybertronu, a "More Than Meets the Eye", o którym dziś piszę, o niefortunnej wyprawie.

Dlaczego niefortunnej? No cóż, boty, które się na nią zdecydowały mają problemy z odnalezieniem się w powojennej rzeczywistości. Kapitan statku o wdzięcznie ironiczniej nazwie "The Lost Light" (ironicznej, bo oni zaraz na początku się gubią i tracą kontakt z ojczystą planetą) Rodimus jednorazowy Prime poczucie winy tuszuje ekstremalną brawurą a'la James Tiberius Kirk. Jego nigdy nie uśmiechający się zastępca Ultra Magnus cierpi na OCD. Drugi oficer Drift tak bardzo chce przynależeć do Autobotów (był Decepticonem), że nie umie nikomu odmówić i cierpi na "hero complex". Szef ochrony Red Alert ma paranoję, która wszystkie inne paranoję ma pod sobą. Chromedome cierpi na depresję, Skids ma amnezję, Whirl po prostu jest szalony. Cyclonus jest jedynym Decepticonem na statku Autobotów, Swerve'owi nie zamykają się usta, Tailgate to kompulsywny kłamca, Brainstorm ma rozbuchane ego i brak zasad moralnych; załoga statku bardziej przypomina pacjentów szpitala psychiatrycznego niż bohaterów, co jest o tyle zabawne, że już dosyć wcześnie odstrzeliwują pokładowemu psychiatrze łeb. Na szczęście ten nie chowa urazy. Nic więc dziwnego, że wyprawa to tak naprawdę jedno fiasko za drugim - w dodatku w pewnym momencie naszych dzielnych bohaterów zaczyna ścigać naprawdę przerażająca grupa Decepticonów znana jako Decepticon Justice Division, a na pokładzie znajdują się potwory.

Miny małych botów z tyłu - bezcenne

"Everyone on board the Lost Light is cracked in the head!"

"Yeah, dysfunctional isn't the word! There isn't a normal 'bot among you!"

"And that wouldn't be so bad if you actually made progress—but as far as I can make out, all you do is argue, crack jokes, and get sidetracked doing pointless, silly things that only you find amusing!"
-- Various members of the Circle of Light , "Little Victories"


Pewnie teraz myślicie: no dobra, ale czym to się różni od filmów Baya? Odpowiedź krótka brzmi: WSZYSTKIM. Odpowiedź dłuższa też mniej więcej do tego się sprowadza. Jestem fanką Bayhemu i nadal wielkie roboty tłukące się po mordach sprawiają mi mnóstwo radości, ale wreszcie wiem, co mieli na myśli starsi fani Transformersów, gdy krytykowali tetralogię Baya. Po pierwsze więc, w komiksie MTMTE nie ma ludzkich bohaterów, cała akcja koncentruje się na robotach. Jeśli uważaliście, że ludzki bohater jest potrzebny, bo widz/czytelnik miał się  kim identyfikować, to śpieszę zapewnić, że nie, jest całkowicie zbędny, a kandydatów do identyfikacji jest naprawdę sporo. Po drugie: Baya niewybaczalnym grzechem jest pozbawienie większości nie-ludzkich bohaterów jakiejkolwiek osobowości. James Roberts tego błędu nie popełnia. Jego bohaterowie należą może do rasy znanej we wszechświecie głównie z trwającego cztery miliony lat konfliktu zbrojnego, ale ten konflikt i ich w nim udział odcisnął na nich swoje piętno i teraz muszą z tym żyć (lub wybrać inne rozwiązania, patrz Red Alert czy Chromedome). W dodatku zdarzało im się popełniać błędy: w wyborze drogi życiowej, strony konflikty, wyboru mentorów i przyjaciół: dzięki częstym retrospekcjom mamy wgląd w ich sytuację i rozumiemy, dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują. Dotyczy to Chromedome'a, Rewinda, Whirla, Prowla czy Drifta. Ba, dowiadujemy się nawet, czemu Megatron stał się tym, kim się stał, a on nawet nie występuje w tym komiksie (EDIT: I stand corrected)! A nie występuje, bo to nie jest komiks o "tych wielkich", tylko raczej o zwykłych botach, które dały się porwać ideologiom, z różnych zresztą powodów.

Przykładowe dialogi
Co MTMTE oferuje czytelnikowi, który po niego sięgnie? Ja najpierw usłyszałam o znakomitych dialogach, i owszem, są rewelacyjne, zwłaszcza to, jak podkreślają osobowości botów czy współgrają z warstwą graficzną, co jest o tyle ważne, że spora część bohaterów jest pozbawiona mimiki (ale nie mowy ciała, mind you). Po drugie, skomplikowane relacje między bohaterami. Są fani, którzy potrafią godzinami analizować relację Drifta i Ratcheta, Rodimusa i Drifta, Skidsa i Chromedome'a, Chromedome'a i Brainstorma, Prowla i Chromedome'a, Tailgate'a i Cyclonusa, Runga i Swerve'a, żeby wymienić tylko te, które najbardziej lubię. W dodatku Roberts jest okropnym, okropnym prowadzącym serię (I LOVE HIM) i gdy już czytelnik ustali sobie opinie o danym bohaterze, to Roberts śmieje mu się w twarz i robi woltę, która zostawia czytelnika w kałuży feelsów. Zrobił tak z Ratchetem wyciągającym rękę do Drifta, Brainstormem rozmawiającym z Chromedome'm, Whirlem w retrospekcjach, Tailgate'm w rozmowie z Cyclonusem, Cyclonusem zasłaniającym własnym ciałem Rewinda, by wspomnieć tylko o kilku. Zresztą twisty wydają się być mocną stroną Robertsa, bo ten na końcu trzeciego tomu NADAL WYWOŁUJE U MNIE REAKCJĘ CAPSLOCKOWĄ, PO PROSTU NIE UMIEM INACZEJ O TYM PISAĆ.

Zostawię bez komentarza...
Feelsy są zresztą z mojego punktu widzenia najmocniejszą stroną MTMTE. Serio, ze stron komiksu wylewają się one wannami, dzięki czemu ja od wczoraj cierpię na fanowskiego kaca (i piszę ten tekst, by z wszechogarniającymi emocjami sobie poradzić). Jest kanoniczny gay marriage, są dwuznaczne przyjaźnie, przystojni bohaterowie, przyjaciele po dwóch stronach konfliktu i właściwie nietrudno jest zrozumieć, że seria ma głównie fanki. Aż szkoda, że merchandising do serii prawie nie istnieje, bo ja osobiście chętnie zakupiłabym figurki Rodimusa i Drifta, by stały po dwóch stronach mojego monitora i przyprawiały mnie każdego dnia o małe załamanie emocjonalne.

Ale są też inne zalety. Całe MTMTE wydaje się być perfekcyjnie zaplanowane, nawet retrospekcje czy wtręty o najgorszych sześciu Decepticonach na świecie (i Grimlocku). Żart rysunkowy potrafi mieć puentę kilka zeszytów dalej (vide bomba podpisana ULTRA MAGNUS), podobnie żart językowy (Rodimus nie mogący się powstrzymać przed mówieniem "Till all are one"). Polecam również powroty do wcześniejszych zeszytów (lub tomów), bo wtedy pewne sceny nabierają nowego znaczenia (rozmowa Chromedome'a z Prowlem z pierwszego tomu, na ten przykład). W tej fabule nie ma miejsca na zbędne kadry. Nawet głupie żarty pełnią Swerve'a podwójną rolę i w gruncie rzeczy są przerażająco smutne. Więcej powiem, w porównaniu do załogi The Lost Light sześć najgorszych Decepticonów na świecie (i Grimlock) to całkiem szczęśliwi i zadowoleni z życia goście.

Jeden z najsmutniejszych kadrów w historii komiksu
Osobiście dla mnie ogromną zaletą są też "ci źi", czyli członkowie DJD, którzy są ogromnymi psychopatami torturującymi byłych towarzyszy borni i ogólnie siejącymi postrach wśród wszystkich Cybertronian. Czytaelnik widuje ich rzadko, ale co jakiś czas scenarzysta przypomina mu, że oni tam są i że w końcu wszystko przez nich (i błędy załogi, ich okropne sekrety i straszliwe wydarzenia z przeszłości) pójdzie w diabły. Bo nie widzę w tej chwili innej możliwości, ta seria po prostu nie może się dobrze skończyć.

Nie waham się mówiąc, że jest to najlepszy komiks, jaki czytałam w tym roku. Polecam go całym sercem. Zróbcie wyjątek dla tych wielkich robotów, one naprawdę nic (oprócz Ratcheta i może troszkę Optimusa) nie mają wspólnego z filmami Michaela Baya, a stanowią fantastyczną rozrywkę. Beryl jeszcze tego nie wie, ale nie zamierzam jej już nigdy oddać tych czterech tomów, które mi pożyczyła. Będą stały u mnie na półce, MY BABIEZ.

(Tak serio, to kupię sobie własne egzemplarze. Chyba.)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.