10 najgorszych epizodów Doctora Who według Rusty

by 26.9.11 16 komentarze
Przyszła wczoraj Beryl (która jest "tą trzecią", niepiszącą z nami z jakiegoś powodu bloga, mimo że zwykle ma najlepsze pomysły) na obiad, i gdzieś nad kurczakiem duszonym z dynią rzekła w te słowa: "Skoro zrobiłaś listę 10 najlepszych odcinków "Doctora Who", to teraz powinnaś zrobić listę 10 najgorszych." Oczywiście najpierw się roześmiałam, ale zaraz potem, jeszcze przed deserem (przy czym użyłam śliwek, by było bardziej jesiennie), usiadłam do komputera i wypisałam tytuły. Jak już wspominałam poprzednio, łatwo nie było, choć tym razem trochę z innych powodów. W większości odcinków na tej liście są jakieś elementy, które mi się podobają: fragment dialogu, jakaś postać lub ładunek memetyczny, ale w ogólnym rozrachunku coś nie zagrało: może to kwestia słabszego scenariusza, złej reżyserii albo zbytniego nagromadzenia niepotrzebnych elementów, w każdym bądź razie do odcinka wracam bez zbytniej przyjemności. Trudno też było wybrać mi aż 10 epizodów i "The Sontaram Stratagem" znajduje się już na liście trochę dla jej dopełnienia, oraz bez "The Poison Sky", które dosyć lubię - choć bez szału. Lista jest oczywiście całkowicie subiektywna, kolejność wstecznie chronologiczna.

1. "Night Terrors" (scen. Mark Gatiss, reż. Richard Clark)


Całkowita wtórność tego epizodu trochę mnie niepokoi; wszystkie te elementy: przerażone, nie do końca ludzkie dziecko, council housing, potwory w szafie, przerażające lalki i dużo bezsensownego biegania już gdzieś były, a Gatissowi nie udało się za ich pomocą osiągnąć nowej jakości. Poza tym zupełnie nie łapię, po co w tym epizodzie są Amy i Rory - można by ich równie dobrze wysłać na Midnight do spa, a odcinek nic by na tym nie stracił.

2. "The Curse of the Black Spot" (scen. Stephen Thompson, reż. Jeremy Webb)


Największe rozczarowanie sezonu w moim odczuciu. Uwielbiam piratów jako motyw, ale tutaj mnie nie wzruszyli, a zamierzona epickość siedemnastowiecznych korsarzy pilotujących statek kosmiczny zupełnie nie wywarła na mnie wrażenia. Po raz kolejny wykorzystano motyw użyty (jak o wiele lepiej!) w "The Empty Child / The Doctor Dances", czyli medycznego ustrojstwa, które wykonując swój program krzywdzi ludzi. Poza tym rewelacyjna obsada (Lily Cole i Hugh Boneville, czy wszyscy oglądają "Downton Abbey"?), która niewiele miała do zagrania.

3. "Hungry Earth / Cold Blood" (scen. Chris Chibnall, reż. Ashley Way)


Lubię Silurian, a po "Good Man Goes to War" nabrałam do nich dodatkowej sympatii, ale te dwa odcinki są nuuudne jak flaki z olejem. Wiadomo od początku, że pokojowa koegzystencja ludzi i Silurian nie jest możliwa, w związku z tym widz ogląda wysiłki bohaterów z lekkim rozdrażnieniem. Odcinek cierpi też z uwagi na to, że jest tam mnóstwo nowych bohaterów, którzy zupełnie nie zapadają w pamięć. Jedyny naprawdę dobry motyw to wymazanie Rory'ego z historii.

4. "Planet of the Dead" (scen. Russell T. Davies i Gareth Roberts, reż. James Strong)


A to jest przykład złego odcinka, który mógł być rewelacyjny. Podoba mi się postać lady Christiny de Souzy, nawet bardzo, przeniesiony w przestrzeni czerwony double decker, uwaga Doktora o "humans on the bus". Potem jednak pojawia się rój metalowych, krwiożerczych plemników mant i wszystko bierze w łeb. Poza tym trochę tu mało poczucia zagrożenie, a fabuła została rozwleczona. Jak na specjala jest to odcinek słaby.

5. "The Lazarus Experiment" (scen. Stephen Greenhorn, reż. Richard Clark)


Jedyny dobry element tego odcinka to rodzina Marthy - wszyscy śliczni jak z obrazka i tworzący bardzo dysfunkcyjną grupę ludzi. Efekty specjalne przyprawiają natomiast o ból zębów. Kicha straszna, dziwię się, że ten scenariusz został w ogóle skierowany do produkcji.

6. "Daleks of Manhattan / Evolution of the Daleks" (scen. Helen Raynor, reż. James Strong)


Epizody stworzone tylko i wyłącznie po to, by wyprodukować do nich zabawki (najwyraźniej producenci postanowili zarobić na merchandisingu). Nie oglądałam starych epizodów "Doktora Who", więc nie do końca się orientuję w historii Daleków, ale mam wrażenie, że tu została zbastardyzowana prawie tak bardzo jak w "Victory of the Daleks" (którego na liście nie ma, bo iDaleki w różnych kolorach mnie  śmieszą; poza tym serwują herbatę i właściwie mają plan, jakiego oczekiwałabym po jednej z najbardziej zabójczych i przebiegłych ras we wszechświecie). Poza tym nie mogę patrzeć na tę hybrydę z uwagi na jej przykrótkie macki...

7. "Fear Her" (scen. Matthew Graham, reż. Euros Lyn)


Jeśli w anime pojawiają się nagle odcinki, które nie służą niczemu i nie posuwają akcji do przodu, nazywa się je fillerami (lub po naszemu zapchajdziurami). I to jest właśnie taka zapchajdziura; niby fajna historia o biednym małym, zagubionym alienku, ślicznie pokazane przedmieścia, a i tak wszyscy pamiętają tylko Doktora biegnącego ze zniczem olimpijskim. Co mi przypomina: jeśli masz konto na fejsbuku, drogi czytelniku tego bloga, podpisz proszę tę petycję.

8. "New Earth" (scen. Russell T. Davies, reż. James Hawes)


Jeden z ulubionych epizodów zwierza, a jakoś nie jestem do niego przekonana. I nawet potrafię wskazać dlaczego: cały odcinek w moim odczuciu psuje powrót Cassandry. Bo reszta jest fajna: kocie pielęgniarki, Nowa Ziemia i przede wszystkim Face of Boe (jedna z najlepszych postaci ever, i nawet nie przeszkadza mi teoria, kim tak naprawdę jest), a Cassandra jakoś tak nie pasuje; choć przyznaję, że ma najlepsze hasło "Oh my god, I'm a chav!"

9. "The Unquiet Death" (scen. Mark Gatiss, reż. Euros Lyn)


Myślałam, że będzie to dobry odcinek po dialogu między rozentuzjazmowaną Rose i Doktorem, który tłumaczy jej, że wylądowali w wyniku błędu w Cardiff (re-we-la-cja!), ale potem pojawia się przodkini Gwen Cooper i wszystko bierze w łeb (poza tym ja nie lubię Gwen Cooper!). Jeśli Fabulitas kiedyś spełni swą obietnicę i napisze post o kobietach w nu!Who, to mam nadzieję, że uwzględni ten odcinek w swojej argumentacji.

10.  "The Sontaram Stratagem" (scen. Helen Raynor, reż. Douglas Mackinnon)


Ten epizod "walczył" o miejsce na liście z "Aliens of London", któremu zostało to oszczędzone z uwagi na smutną historię świni, Toshiko Dr Sato oraz Harriet Jones - ale było blisko, bo Slitheeny sprawiają, że robię mentalnego facepalma. Co zabawne, jak już wspomniałam powyżej, "The Poison Sky" naprawia błędy tego odcinka, będącego tak naprawdę przydługim wprowadzeniem do intrygi. Ale wraca Martha i U.N.I.T, więc ogólnie nie jest źle.

P.S. Trzeciej listy (najbardziej wzruszających momentów) nie będzie. Następnym razem będę chwalić "Torchwood: Miracle Gay". Bo mnie się podobało...

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.