Face Off, czyli reality contest dla geeków

by 25.5.12 19 komentarze
Boy hotelowy RJa.
Z okazji premiery "Dark Shadows" wszyscy jak jeden mąż krytykują Burtona, że wtórny, że spoczął na laurach, że mało nowatorski, jakby zapominając o tym, że od lat 80-tych ubiegłego wieku jest to jeden z najciekawszych wizjonerów w kinie. Nieważne, jakie filmy tworzy (ja osobiście zawsze najbardziej lubiłam animacje, począwszy od genialnego "Vincenta" i nie mogę się wprost doczekać drugiego z jego filmów zapowiadanych na ten rok, czyli "Frankenweenie"), dla mnie zawsze pozostanie człowiekiem, który wyniósł creepy do mainstreamu i wypromował takich aktorów, jak Michael Keaton, Helena Bonham Carter czy Johnny Depp. W swoich filmach oswajał dziwnych, pokazywał zło kryjące się pod płaszczykiem normalności, uczynił mnie dożywotnią fanką Winony Ryder, sprawił, że Danny Elfman wyrósł ponad znakomite Oingo Boingo i pokazał, że najlepszą bożonarodzeniową piosenką jest "What's This?" Pewnie, że po drodze był "Sweeney Todd" (brr!) czy rozczarowująca "Alicja w krainie czarów", ale trzeba Burtonowi oddać sprawiedliwość: w większości swoich filmów wziął się za bary z historiami, które są znane i kochane i zdołał je zaprezentować poprzez pryzmat swojej potężnej, pokręconej wyobraźni. W dodatku jest to człowiek, który żyje w świecie swoich kreacji (trochę jak Pee-Wee Herman :D). Jego styl jest na tyle rozpoznawalny, że jako jedynemu dotychczas twórcy poświęcono mu odcinek "Face Offa".

Tu pojawia się pytanie: Co to jest "Face Off"?

"Face Off" to reality TV contest, stworzony przez telewizję SyFy, który polega na tym, że kilkunastu amatorów od efektów specjalnych w makijażu rywalizuje ze sobą przez kilka tygodni o nagrody (kosmetyki, pieniądze, samochód, ale przede wszystkim o możliwość pracy w show biznesie), biorąc udział w tematycznych wyzwaniach, np. obcy, łączenie flory z fauną, postarzanie człowieka, humanoidalne dinozaury itp. Muszą się przy tym wykazać naprawdę sporymi zdolnościami nie tylko w makijażu, ale i tworzeniu całościowego wyglądu postaci, co czasami wymaga nawet znajomości inżynieryjnych. Sędziują Ve Neill (posiadaczka trzech Oskarów), Glenn Hetrick i Patrick Tatopoulos, a program prowadzi McKenzie Westmore (z tych Westmore'ów  - zresztą jej ojciec występuje nawet w jednym odcinku, pouczając wychowanych na "Star Treku" zawodników, jak stworzyć wiarygodnego obcego).

Wiolonczelistka Rayce'a.
Ja w program wciągnęłam się na samym początku pierwszej (z dwóch dotychczas wyemitowanych) serii, bo program jest, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bardzo interesujący. Można krytykować sztuczne podżeganie konfliktów pomiędzy zawodnikami, czy fakt, iż z 45 minut programu prawie 20 zajmuje finałowe ocenianie, przeciągane w nieskończoność, podczas gdy najciekawszy jest jednak proces tworzenia makijażów (którego z mojego punktu widzenia jest zawsze za mało), ale jeśli jest się geekiem SF, to trudno znaleźć lepszy dla siebie program. Zwycięzca pierwszej serii już pracował z Ve Neill przy "Igrzyskach śmierci", o zwycięzcy drugiej też zapewne jeszcze usłyszymy (choć akurat w drugiej edycji było zdecydowanie więcej naprawdę mocnych zawodników i mam nadzieję, że oni też zostaną zauważeni i zatrudnieni przy produkcji filmów, bo naprawdę na to zasługują, mimo że zwycięzca mógł być tylko jeden).

Wracając do tematu: zwykle wyzwania stawiane zawodnikom są bardzo ogólne, ale w odcinku ósmym drugiej serii, zatytułowanym jakże trafnie "Burtonesque" (wyemitowanym 29 lutego 2012), twórcy programu odeszli nieco od tej formuły i kazawszy najpierw wybrać uczestnikom jeden z podanych zawodów, zarządzili jego przetworzenie poprzez pryzmat kreacji Tima Burtona. Do gościnnego sędziowania zaproszona została również Catherine O'Hara, fanom Burtona znana przede wszystkim z roli Delii w "Soku z żuka" (ale wraca w "Frankenweenie'm", choć z oczywistych względów tylko jako głos), wcielająca się również w rolę matki tytułowej bohaterki "Penelopy", która nie jest filmem Burtona, ale zdecydowanie na niego wygląda.

I zbliżenie twarzy wiolonczelistki.
W tym momencie rywalizowało ze sobą już tylko sześcioro zawodników. Niektórzy z nich, jak moja ulubienica Beki czy Matt, zagrali bardzo ostrożnie, wybierając piekarza/cukiernika i sprzedawcę lodów. Dosyć oczywiste skojarzenia z Burtonem budzi również profesja lalkarza, którą wybrała Sue; zresztą podobnie tego reżysera kojarzy mrw:
"Oglądałem te przygody przeklętego przez zazdrosną wiedźmę wampira (obudzonego po 200 196 latach w trumnie) i kiedy zobaczyłem Bellę Heathcote (...) wyglądającą jak laleczka trupka panny młodej (also: zrobiła dobrze wszystko to, co zapewne chciała zrobić Lana Del Rey), zrozumiałem, kim naprawdę jest Burton. On jest lalkarzem. To są wszystko lalki w pięknych domkach dla lalek; wystylizowane i ciągnięte na sznurkach, czy też pozowane na drutach. Ale to jest właśnie dobre! I jak się to zrozumie, można wciągać filmy Burtona bez problemu."
(źródło)

Sprzedawca lodów Matta.
Najgorzej w tym odcinku miał się inny z moich ulubieńców, czyli RJ (przy czym jak Beki lubię za jej no-bullshit attitude, tak RJa przede wszystkim za bycie fanboyem), który wybierał jako ostatni i w końcu zdecydował się na boya hotelowego (ale też jest to zdecydowanie lepszy wybór niż listonosz czy rolnik...). Po długiej i burzliwej prezentacji sędziowie zdecydowali, że najlepiej z wyzwaniem poradzili sobie właśnie RJ (to mój absolutnie ulubiony look z wszystkich odcinków obu serii, a przypominam, że finał pierwszej edycji zawierał w sobie między innymi przeróbkę "Czerwonego Kapturka" w klimacie post-apo - sporo jednak zrobił tutaj model, który wczuł się w swoją rolę znakomicie), którego boy mógłby zagrać u Burtona bez żadnych przeróbek; Rayce i jego wiolonczelistka z częściowo ożywionym instrumentem (pomysł niezły, i makijaż genialny, ale moim zdaniem nie paski tworzą burtonowski klimat - zresztą na tym przejechała się Beki) oraz Matt i jego sprzedawca lodów (i tu znowu nie jestem pewna, jak Burton ma się do postaci, która równie dobrze mogłaby się pojawić w adaptacji "It" Stephena Kinga, choć na pewno wygląda znakomicie). Trzech najsłabszych makijaży nie będę wam pokazywać (można je z łatwością wygooglać), dość powiedzieć, że jak nigdy zgadzałam się z oceną sędziów, bo wszyscy troje (Beki, Sue i Ian) jakby nie do końca znaleźli się w tematyce wyzwania. Zwłaszcza Sue i jej lalkarz wypadli słabo, bo z Burtona w jej kreacji nie było absolutnie nic.

Nie będę zdradzać, kto wygrał ten czelędż, żeby nikomu nie psuć zabawy, ale mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się zachęcić kogokolwiek do bliższego zainteresowania się programem. Myślę, że zarówno fani SF, jak i ludzie zainteresowani filmem "od kuchni" znajdą w nim coś dla siebie, mimo mało zachęcającej formuły reality TV contest. Miło, że pojawił się w ramówce program, który pozwala wykazać się amatorom z naprawdę ciekawą pasją. W jego ślady podążył "Monster Man" tej samej stacji, w którym kamery śledzą codzienne życie zawodowe rodziny Hallów, czyli ekspertów od potworów i potwornych EFX, ale to już nie to samo, co "Face Off".

P.S. Polecam polubienie naszego fanpejdźa na G+, wrzucam tam czasami ciekawe filmiki i linki, które zasługują na uwagę, ale nie mają potencjału notkotwórczego.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.