Superbohaterowie

by 10.6.12 43 komentarze
(Dla osób, które nie trawią dygresji, wpis właściwy zaczyna się od słów: "Dobra, to zaczynamy")

Euro 2012 w pełni, sesja trwa, koniec roku szkolnego zbliża się nieubłaganie, co oznacza, że statystyki wejść na bloga spadają na łeb, na szyję. Sama oglądam głównie mecze, staram się nie myśleć o Bradburym i czytam Barnesa (rany, wszyscy powinni czytać Barnesa, Barnes to geniusz, należy mu dać wszystkie nagrody Bookera) i już widzę, że z czerwcowym karnawałem blogowym będzie ciężko, bo zastój dotknął nie tylko nas. W związku z tym, zamiast publikować przygotowane zawczasu popierdółki a'la poprzedni wpis (do zapamiętania: chaotyczna forma powoduje li i jedynie poczucie kaca blogowego, trzymaj się swojego stylu) lub próbować napisać Manifest blogera (który znowu będzie wsadzeniem kija w mrowisko, ale z drugiej strony będę mogła wykorzystać wiersz Cydy o hejtrolkach), postanowiłam zmierzyć się z tematem baśniowych motywów w popkulturze, czyli monstrum. Na szczęście szybko się zorientowałam, że nie jestem w stanie stworzyć tego wpisu bez: A) odświeżenia sobie opowiadań Angeli Carter, B) ponownego przeczytania Bettelheima (nie posiadam własnego egzemplarza), C) obejrzenia przynajmniej kilku odcinków "Once Upon a Time" (wiem, że wakacje to czas, kiedy nadrabia się seriale, ale ja mam kilka innych tytułów do obejrzenia, między innymi "House'a" i "The Good Wife"), więc porzuciłam zamysł i zdecydowałam się na porównanie "Mirror Mirror" i "Snow White and the Huntsman", które pewnie pojawi się na blogu w ciągu tygodnia, jeśli zdołam obejrzeć "Immortals" (co jest bardzo ważnym etapem w procesie pisania tej konkretnej notki, musicie mi uwierzyć na słowo). Po czym znudziłam się tematem i postanowiłam napisać o tym, dlaczego filmy o superbohaterach są takie popularne. Sami więc widzicie, że znajduję się w specyficznym nastroju i ogólnie rzecz biorąc nie należy ode mnie zbyt wiele oczekiwać, i właściwie powinnam zająć się czymś prostym i przyjemnym, jak opisywanie 10 ulubionych epizodów "Cabin Pressure" (jak znam życie, zamieniłoby się to w laurkę na cześć Rogera Allama...)

Mogłabym też poczytać fanfiki. Właściwie wszystkim wyszłoby to na lepsze. Oh well.

Acha, żeby potem nie było, mój umysł działa trochę jak koń w szachach (no wiecie, raz dwa i w bok) i w związku z tym całej notce przyświeca motto w formie końcowej piosenki z "The Rocky Horror Picture Show":

And super heroes
Come to feast
To taste the flesh
Not yet deceased
And all I know
Is still the beast is
Feeding 

która jest mocno depresyjna (zwłaszcza jako podsumowanie całego, szalonego filmu).

Dobra, to zaczynamy.

Zauważyłam ostatnio, że kino superbohaterskie stało się cool, powstają coraz to nowe filmy, które potem są recenzowane w poważnych periodykach (co prawda często gęsto przez ludzi, którzy na temacie zupełnie się nie znają, ale od czego są blogi) obok filmów ambitnych. Gdzieś po drodze superbohaterowie przestali być obciachowi. Pewnie sporo zasługi leży tu po stronie ciekawych projektów komiksowych typu "Civil War" czy "1602", które wymykają się typowym schematom reprezentowanym w komiksach DC i Marvela (głównie dzięki scenarzystom), ale chciałabym się przyjrzeć dziś jedynie filmom i ich ewidentnemu sukcesowi komercyjnemu, a przede wszystkim jego przyczynom.

Jeśli spojrzeć na tag "Superhero" na imdb.com, to okaże się, że najwcześniejszymi filmami w tym gatunku, pomijając Zorro, były "The Shadow Strikes" (1937), "The Spider's Web" (1938), "The Green Hornet" (1940) oraz "Flash Gordon Conquers the Universe" (1940) - przy czym trzy pierwsze nie zawierają żadnych elementów fantastycznych, a opowiadając o ludziach, którzy walczą w przebraniu z przestępcami (wrócił do tego pomysłu, w o wiele mroczniejszej odsłonie, Alan Moore w "Watchmenach"). Supermoce posiadał dopiero bohater filmu "Mysterious Doctor Satan" (1940), a potem poszło już z górki, "Captain Marvel" (1941) opowiadał historię chłopca zamienionego za pomocą supermocy w dorosłego w pelerynie, i to wszystko na podstawie komiksu. Pierwszy film o przygodach Supermana powstał już osiem lat później i właściwie nie było dekady, w której tej postaci nie poświęcono filmu bądź serialu telewizyjnego. Po wojnie Hollywood zyskało konkurentów w postaci Japończyków i Włochów, którzy kręcili filmy o rodzimych herosach. W latach 60-tych swoje seriale telewizyjne dostają prawie wszyscy Avengersi: Thor, Hulk, Kapitan Ameryka i Iron Man oraz Fantastic 4 i Spider-Man. W ramach rewolucji seksualnej, mającej miejsce również na ekranie, swoje shorty dostają też Batgirl i Wonder Woman (przy okazji, czy jestem jedyną osobą, której żal, że planowana na ten rok adaptacja Wonder Woman nie doszła do skutku?), ale dopiero "Superman" z Christopherem Reeve'm z 1978 roku (Marlon Brando grał Jor-Ela) odniósł kasowy sukces. Reeve powrócił do roli jeszcze trzy razy, ale każdy kolejny film był coraz gorszy. Karierę zakończył w serialu "Smallville", taki pomysłowy inside joke. Trzeba było dopiero Tima Burtona z jego wizją Batmana, by uznać superbohaterów za wartych dyskusji mainstreamowej - oczywiście część trzecia i czwarta pogrążyły bohatera (ja je osobiście lubię, ale hej, lubię też "Flasha Gordona") i dopiero Nolan przywrócił go do glorii i chwały wielkiego ekranu. Przez pewien czas superbohaterowie występowali głównie w kreskówkach, co miało ten zasadniczy minus, iż ciągle jest to medium uważane za skierowane głównie do dzieci, w związku z tym mało kto je oglądał oprócz geeków (a szkoda, bo pomysły ich twórcy mieli naprawdę odjechane). W 2000 roku Singer kręci pierwszych "X-Menów" (trochę na fali sukcesu "Blade'a"), w 2002 Sam Raimi "Spider-Mana" i wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu, jeśli chodzi o kino superbohaterskie, niestety kolejne odsłony w seriach obniżają poziom (dno osiągnął trzeci "Spider-Man" z emo!Parkerem). Gwoździami do trumny są "Daredevil" (2003) (do dziś śni mi się po nocach w ramach koszmarów, jeden z moich ulubionych komiksów, Ben Affleck w tytułowej roli i taka szmira wyszła), "Hulk" Anga Lee (2003), "Catwoman" z Halle Berry (2004), "Elektra" (2005) (tego w ogóle nie pojmuję, skoro "Daredevil" był taką klapą, to kto przy zdrowych zmysłach skierował ten film do produkcji?) i "Fantastic Four" (2005). (Na marginesie: ucierpiał na tym głównie "Wolverine: Geneza" (2009), film przyzwoity, lecz pogrążony przede wszystkim przez zły PR; uprzedzając ewentualne pytania, czytałam "Weapon X"). Jak widać, filmów powstawało sporo, problemem była jakość. Wynikało to głównie z tego, że prawa do bohaterów były wykupywane od wydawców i twórców komiksów głównie po to, by można było zarobić na merchandisingu: kubeczkach na Coca-Colę, zabawkach itp., producenci filmów zaś mało przejmowali jakością scenariusza, zakładając, że nastoletni fani oryginałów (do których przede wszystkim kierowane były te produkcje) i tak przyjdą zobaczyć film w kinie.

Wiatr odnowy powiał, gdy Marvel Studios postanowiło samo zabrać się za produkcje swoich filmów. Nie obyło się bez falstartów ("Spider-Man 3", którego główny problem polega na tym, że zmienił nie do poznania głównego bohatera - a to bohater/owie jest/są główną siła nośną filmów o superbohaterach oraz "4: Rise of the Silver Surfer", które i może opierało się na zacnym pomyśle wycofania bohaterów prequela, którzy nie do końca okazali się odpowiedni, na dalszy plan i skupienie się "tym złym", ale w praktyce zawiodło, co mnie wkurzyło bardzo, bo Silver Surfer jest w Top 10 moich ulubionych bohaterów Marvela), ale już trzeci ich film, samodzielnie zrealizowany "Iron Man", okazał się sukcesem. Osobiście nie sądzę, by Marvel Studios na to liczyło, bo do reżyserii zatrudniło Jona Favreau, który może i nakręcił "Zathurę", ale niczym więcej nie mógł się pochwalić (przy okazji, jest to przykład, który pokazuje, że można nakręcić dobry film na podstawie scenariusza, który pisało więcej niż dwie osoby :D), ale facet sobie zdecydowanie poradził z wyzwaniem - przy czym należy docenić również wkład doskonale dobranej obsady. Iron Man to bohater medialny, skrojony na miarę naszych czasów i nic dziwnego, że ludzie go polubili. Można dyskutować, czy człowiek nominowany dwa razy do Oscara powinien grać w filmach nakręconych na podstawie komiksów, ale hej, pozwólmy mówić liczbom:



(Also, casus Anga Lee - dwie nominacje, w tym jedna zamieniona w statuetkę, jeden "Hulk".)

Sukces tego filmu przekonał Marvel Studios, że może warto jest podjąć większe ryzyko i spróbować zebrać wszystkich bohaterów komiksów w jednym spójnym świecie (good luck with that, ja już jakiś czas temu przestałam się orientować w tych wszystkich wszechświatach i ich wzajemnych powiązaniach), co doprowadziło do powstania kilku filmów, nazywanych powszechnie, acz nieco krzywdząco prequelami do "Avengersów" - bo przecież grają w nich znakomici aktorzy (Anthony Hopkins, Hugo Weaving, Tommy Lee Jones), a "Thora" wyreżyserował sam Kenneth Branagh (wszystkim im przetarł drogę RDJ, all hail RDJ). "Kapitan Ameryka" doprowadził natomiast do pewnego paradoksu, bo Johnny Storm i Steve Rogers mają tą samą twarz. Na jakości zyskały też scenariusze - może nie są odkrywcze, ale zdecydowanie przyjemnie ogląda się wszystkie filmy na nich oparte.

Ale "Iron Man" jest kamieniem milowym również w innej kwestii. Pozwólcie, że wspomogę się anegdotą (a nawet dwiema). Gdy poszłyśmy drugi raz na "Avengersów", obok nas siedziała grupka chłopaków, którzy już chyba z nastolęctwa wyszli, ale dopiero co - jeden z nich przyprowadził też swoją dziewczynę, która na początku seansu głośno westchnęła i zapytała, ile ten film trwa. W trakcie trwanie filmu jeszcze kilka razy głośno dawała wyraz swojemu znudzeniu i niezadowoleniu, wyraźnie wskazując, że nie bawi się dobrze (na marginesie: mój mąż, który potrafi być bardziej złośliwy niż ja, powiedział, że powinnam dać temu biednemu chłopakowi swój numer telefonu, niedwuznacznie sugerując, że ze mną lepiej by się bawił w kinie. Może następnym razem tak zrobię :D) Ale ta dziewczyna była wyjątkiem. Wyjątkiem nie była natomiast rodzina na moim trzecim z kolei seansie w IMAX: rodzice grubo po pięćdziesiątce i dwóch synów, z czego jeden chyba z narzeczoną.

Okazuje się bowiem, że superbohaterowie stali się rozrywką nie tylko dla nastoletnich, pryszczatych nerdów, utożsamiających się skrycie z Peterem Parkerem (nie ma w tym nic złego, to postać stworzona po to, by tabuny chłopców mogły się z nią utożsamiać), ale przede wszystkim rodzinną. Weźmy "Avengersów", czyli film nakręcony już po przejęciu Marvel Studios przez Disneya. Na ekranie ginie w nim jedna osoba znana z nazwiska osoba (osobiście mam nadzieję, że jednak nie), ale krew widzimy tylko na ostrzu broni. Wszyscy walczą ze sobą, ale wydaje się, że prawdziwa, brutalna przemoc została przesunięta do filmów opartych na komiksach kontestujących, typu "Watchmen" czy "Kick-Ass", jakby obdarzeni supermocami bohaterowi byli niezniszczalni (well, Iron Man posługuje się przymiotnikiem "invincible"...), a przynajmniej odporni na ból (nie oparli się temu nawet Black Widow i Hawkeye). Seksu w tym filmie nie uświadczysz, bo, nie ma nawet "obowiązkowego wątku romantycznego" i, co osobiście bardzo sobie chwalę, osoby odpowiedzialne za kostiumy odeszły od bardzo irytującej maniery widocznej w komiksach, by pokazywać u kobiecych bohaterek jak najwięcej gołego ciała (bo walka w kostiumie kąpielowym ma głęboki jak wycięcia w pachwinach sens!)

Cena: 220$.
I tu dochodzimy do trzeciej kwestii, którą zmienił "Iron Man". Ktoś wreszcie zorientował się, że kobiety też czytają komiksy i są bardziej chętne do kupowania związanego z nimi merchandisingu. Nie zmyślam: jeśli odrze się scenariusz "Iron Mana 2" z aspektów superbohaterskich, dostajemy historię człowieka w średnim wieku, który w obliczu śmierci odkrywa, że jest zakochany w swojej asystentce - który nastolatek byłby zainteresowany oglądaniem takiego filmu? Co innego młode kobiety. Trudno nie przeceniać tutaj (znowu) roli RDJa, ale Chris Evans, Tom Hiddleston czy Chris Hemsworth godnie go w tym zacnym dziele wyciągania pieniędzy od fanek wspierają (wygląda na to, że wkrótce dołączy do nich porzucający DC na rzecz Marvela Ryan Reynolds, który powtórzy swoją rolę z "Wolverine: Geneza", choć ja osobiście czekam cierpliwie na obsadę "Ant-Mana" - film tworzony przez Edgara Wrighta i Joe Cornisha, it's going to be awesome!), prężąc na ekranie mięśnie (w przypadku Lokiego, Tony'ego Starka i Bruce'a Bannera mięśnie intelektualne). Nic więc dziwnego, że po nakręceniu "Tangled" Disney stwierdził, że nie będzie już więcej filmów o księżniczkach i postanowił się przebranżowić :D - target filmów o superbohaterach jest zdecydowanie szerszy, nawet jeśli kilkuletnie dziewczynki są perfekcyjnie wyszkolone w namawianiu coraz to innych członków dalszej i bliższej rodziny na zakup tiar i różowych sukienek, to nie ma ich aż tak wielu, poza tym po pewnym czasie wyrastają na mroczne Gotki. Nie od dziś wiadomo, że zyski z filmów komiksowych czerpie się przede wszystkim z zabawek, a nie biletów kinowych (zresztą nie tylko: znakomity serial animowany Genndy'ego Tartakovsky'ego "Sym-Bionic Titan" - o którym szerzej przy okazji osobnej notki - nie został przedłużony na kolejny sezon właśnie dlatego, że żadna firma nie zdecydowała się na produkcję zabawek). Druga na liście generowania zysków jest sprzedaż DVD i BluRayów, i tu też Marvel Studios wykazał się geniuszem marketingowym, bo oprócz osobnych wydań każdego z filmów na obu tych nośnikach (a są na tyle podli, że np. krótkie filmiki o Coulsonie są umieszczane na BluRayach, ale nie na DVD) zaplanowano boxa Phase One (czyli będzie Phase Two, z filmami, które dopiero się kręcą/są w planach), które różnią się dodatkami od tych wydanych poprzednio. Czyli strategia pokemonowa, you must catch them all.

Mogłoby się wydawać, że narzekam (może trochę narzekam, głównie na finansowy aspekt), ale ogólnie rzecz biorąc bardzo mi się ten boom na superbohaterów w różnorakich wydaniach bardzo podoba. Czytałam komiksy od dziecka, zbiory zeszytów (zanim je sprzedałam/rozdałam/przejął je brat) zajmowały sporą część meblościanki. Teraz ich miejsce zajmują filmy, które nie traktują widza jak idioty. Jestem w stanie tolerować próbą wyciągnięcia ode mnie i nowych widzów pieniędzy za pomocą rebootowania coraz to nowych tytułów ("Spider-Man", khem, khem), jeśli dzięki temu dostanę filmy w typie "X-Men: First Class".

P.S. Dochodzę do wniosku, że mogłam też pisać o książkach na półkach, bo to mało wymagające. Serio, notatki do tego wpisu nie zajęły nawet strony A5, a powstało to monstrum. Przepraszam tych czytelników, którzy dotarli aż tutaj i oczekiwali czegoś więcej, a dostali tylko fangirlizm w potwornych ilościach.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.