O Joe Hillu ("Pop Art")

by 17.7.12 3 komentarze
Mam nadzieję, że nie muszę nikomu tłumaczyć, kim jest Joe Hill (jeśli jednak odczuwacie taką konieczność, to Lord Google to the rescue, bo misięniechce). Pewnie natomiast muszę wytłumaczyć, dlaczego mam z nim problem. Bo mam. Bo Joe Hill uparł się, żeby pisać horrory. No serio.

A ja horrorów nie lubię. Kinga znam głównie z adaptacji telewizyjnych, przeczytałam kilka opowiadań, oraz kilka powieści, ale ja po prostu nie lubię się bać. Masterton mnie raczej niezamierzenie śmieszy, i tu kończy się znajomość autorów horrorów, chyba że dodam Bradbury'ego, ale przyznam szczerze, że prędzej skłonna jestem uznać, iż Bradbury należy do mainstreamu niż do horroru. Bo ja horrorów naprawdę nie lubię.

Mimo to Joe Hilla czytam. "Pudełko w kształcie serca" dało radę, poza tym lubiłam bohatera, starszawego rockmena zafascynowanego okultyzmem, który pakuje się w grubszą aferę i który dzięki temu wreszcie dorasta (w myśl maksymy: "lepiej późno niż wcale").

Dałam też więc szansę "Upiorom XX wieku" (tu powinien nastąpić krótki rant o tłumaczeniu tytułów, zwłaszcza tytułów Hilla, bo zarżnięto dowcip - chodzi o ducha, który pojawia się w kinie podczas projekcji filmów z wytwórni 20th Century Fox - zresztą to jedno z lepszych opowiadań w zbiorze, bardzo klimatyczne ghost story). Niektóre opowiadania są słabe (np. miniaturka o drzewie, WTF? - to jak Gaiman piszący poezję), niektóre sztampowe (otwierające zbiór "Najlepszy nowy horror", w którym jest absolutnie wszystko, co straszy). Jest jedno opowiadanie metafizyczne ("Maska mojego ojca"), czerpiące z całej tradycji literackiej od renesansu poczynając, a na Angeli Carter kończąc. "Synowie Abrahama" to opowiadanie po-mo o relacjach ojca i synów (w tym temacie, relacji ojciec-syn, Hill zresztą celuje; wnioski proszę wyciągnąć sobie samemu...). Bardzo mocne są opowiadania o autystycznych dzieciach, naprawdę jest to kawał dobrej literatury. Jest obrzydliwy retelling "Przemiany" Franza Kafki w czasach postapokaliptycznych - mówię "obrzydliwy", bo zatracił się cały ładunek emocjonalny oryginału.

I jest jedno opowiadanie genialne. Jest tak genialne, że każdy powinien je przeczytać, a najlepiej zakupić cały zbiór, żeby zawsze mieć je pod ręką na półce. Zatytułowane jest "Pop Art", i właśnie o tym jest, o przyjaźni z nadmuchiwanym chłopcem o imieniu Art. Jest też o braku tolerancji dla odmienności, choroby, o byciu outsiderem, o relacji z ojcem (znowu) oraz o śmierci. Jest to jedna z najlepszych opowieści o śmierci, jakie czytałam w życiu i śmiało mogłaby stawać w szranki ze "Śniegami Kilimandżaro" z realną szansą na wygranie.

Więc ja się pytam, czemu Joe Hill, który ma zadatki na naprawdę dobrego pisarza, idzie w ślady ojca i pisze horrory?* Niech Joe Hill zastanowi się nad własnymi bohaterami i wyciągnie z tego lekcję. Niech Joe Hill znajdzie swój własny głos, niech pisze historie i ludziach z zaściankowej Ameryki, o dziwolągach a'la American Gothic, bo w tym jest naprawdę dobry.

Przy okazji apdejtowania tej recenzji odkryłam, że na iPlayerze BBC można obejrzeć krótką, piętnastominutową ekranizację opowiadania w reżyserii Amandy Boyle. Nie jest ona zła, rolę Toby'ego powierzono klonowi Freddie'ego Highmore'a, a CGI wyglądają naprawdę dobrze. Nie jestem pewna decyzji dotyczącej przeniesienia akcji do angielskiej szkoły dla chłopców ani postaci ojca, który wygląda nie na człowieka ograniczonego i złośliwego, a raczej na osobę z poważną depresją. Ogólnie rzecz biorąc, emocjonalnie ekranizacja nie oddaje sprawiedliwości literackiemu oryginałowi.
(recenzja pierwotnie ukazała się na moim prywatnym blogu, ale może jego ponowne opublikowanie tutaj skłoni Cyd do skończenia jej własnego epickiego wpisu o całości twórczości Joe Hilla :D)


Tytuł: Upiory XX wieku
Autor: Joe Hill
Wydawnictwo: Albatros - Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2009


Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.