GND, czyli o skutkach zakochiwania się w historii

by 22.3.13 15 komentarze
(Chciałam napisać krótki wpis o fajnym komiksie sieciowym, wyszedł mi potworek o "transformative works" z mnóstwem odniesień do TV Tropes, FML. Jeśli nie wiecie zbyt wiele o fanfikach, to zapewniam, że starałam się wyjaśnić jak najwięcej pojęć używanych w tekście na bieżąco, ale nie wiem, czy mi się udało. Z góry przepraszam, możecie prosić o ewentualne wyjaśnienia niejasnych fragmentów w komentarzach.)


Ninedin pisała ostatnio, bardzo inspirująco, jak rozumiem, o popkulturowym zakochiwaniu się w fikcyjnych postaciach. I dla mnie ta notka też okazała się motywująca, choć trochę w innym kierunku (nie żebym się nie zakochiwała, lista jest długa, obszerna, i sprowadza się do trickstera z self-esteem issues, ale to raczej temat na osobną notkę) - postanowiłam zabawić się w złodzieja i podjąć temat zaklepany przez Cydę (spójrzmy jednak prawdzie w oczy, ona tego wpisu nigdy nie napisze, a ja dzięki mojej uczonej blogowej przyjaciółce znalazłam właśnie odpowiednie szkło powiększające, by temat podjąć) - czyli napisać notkę o genialnym (i używam tego słowa z pełną świadomością i premedytacją) komiksie sieciowym "Girls Next Door" - tylko nie tak, jak można by się spodziewać, przekrojowo, postmodernistycznie czy popkulturowo: dziś zamiast rozumem spróbuję podejść do tematu sercem. A że nie jest to preferowany przeze mnie sposób (mimo częstego robienia "Squeee!"), nie mogę nikomu zagwarantować, że rezultat będzie interesujący jako coś innego niż ciężki przypadek kliniczny.

Zacznijmy jednak od początku.

Co wspólnego mają Jadis i Jareth?
Nie będziemy chyba rzucać kamieniami czy wytykać palcami osób, które poczuły kiedykolwiek miętę do fikcyjnych postaci, czy to z książek, czy z filmów, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że zakochiwanie się w bohaterach to przede wszystkim początek fanfików i fanartów spod znaku głównie Mary Sue i Gary Stu. Podobno jest to coś, z czego się wyrasta, ale ja osobiście lubię wierzyć, że raczej zmienia się nasz kreatywny stosunek do tego typu twórczości; jest to etap, który trzeba zaliczyć i wyciągnąć z niego najwięcej jak się da, bo może nam zapewnić energię do działania na wiele, wiele lat (patrz: George R. R. Martin, który zaczynał od takich właśnie ff publikowanych w komiksowych fanzinach).

A co, jeśli człowiek zakocha się w historii? Na przykład w "Phantom of the Opera", które właściwie jest idealnym do tego typu uczucia produktem? To właśnie przydarzyło się Ashe Rhyder, amerykańskiej użytkowniczce deviantarta, która w 2007 roku zaczęła publikować pod wpływem takiego uczucia fanowski komiks "Roommates", opowiadający historię osadzoną w tak zwanym "Buildingverse" (od budynku, w którym mieszka nie tylko Eric (Upiór), ale również Jareth the Goblin King (moja wielka miłość), komodor James Norrington oraz Javert z "Les Mis"; końcówka "verse" funkcjonuje w żargonie fanfikowym jako określenie stworzonego przez daną autorkę świata, w którym żyją bohaterowi i ma zastosowanie głównie do cyklu opowiadań) - bo po co ograniczać się do jednej popkulturowej miłości, jeśli można mieć je wszystkie naraz. Próbowałam kiedyś to czytać i choć kreska poprawiła się zdecydowanie przez 6 lat publikowania, tak historia nadal jest zbyt poważna, by była mnie w stanie na dłużej zainteresować. Nie można jednak zaprzeczyć, że Rhyder zrobiła coś, czego nie podjął się przed nią nikt i wyniosła "transformative works" na nowy poziom - a wszystko z powodu miłości do historii.

Poziom "Incepcji" jest zdecydowanie głębszy: są bowiem ludzie, którzy zakochali się w historii opowiadanej przez Ashe (a może tylko w jej pomyśle) i zaczęli tworzyć fanfiki (fanarty?) do "Roommates"; TV Tropes na dzień dzisiejszy wymienia ich aż 8, część jest apdejtowa na bieżąco, część zapewne porzucona, wszystkie nazywane są spin-offami, co nie jest do końca odpowiednim terminem, ale też chyba odpowiednia terminologia nie istnieje. Najbardziej popularny z tych tworów to właśnie "Girls Next Door" autorstwa bo Pika-la-Cynique, liczący w tej chwili 219 odcinków, publikowanych cotygodniowo. GND rozpoczęło swoje istnieje jako historia identyczna do "Roommates", ale opowiadane z punktu widzenia Sary Williams z "Labiryntu" i Christine Daaé z "Upiora w operze", szybko jednak okazało się być zdecydowanie bardziej humorystyczne, bardziej meta (bardzo szeroki termin, oznaczający zarówno analizę wybranych aspektów danego dzieła, jak i np. komiks o komiksach), oraz, nie da się tego ukryć, zdecydowanie lepiej rysowane (niestety, z uwagi na copyrighty, jest to dzieło już na zawsze internetowe, ale autorka tworzy również inne komiksy).

Jareth jako Król Olch.
Tylko czy jest to ff sensu stricto? Bo może historie Christine i Erica oraz Sary i Jaretha mogłyby tak wyglądać (jak zignorujemy sequel "Phantoma" i mangę "Return to the Labirynth", co zdecydowały się zrobić postaci for their own sanity's sake i wam też to radzę zrobić), tak już trudno uznać pojawienie się Kapitana Hammera (tylko w tle, w bardzo zabawnym odcinku) czy Nicholasa Angela jako sił policyjnych za nawet w najszerszym znaczeniu AU ("alternative universe", rodzaj ff, gdzie występują postaci z kanonu, ale świat jest zupełnie inny; fandom "Teen Wolfa" ma np. fiksację na punkcie "coffee shop AU"). Jest to bardziej taki wiedźmi kociołek, do którego trafiają wszystkie kulturowe fascynacje naszego pokolenia (bo przecież wszyscy lubimy Simona Pegga, "SPN", książki Terry'ego Pratchetta, przystojnych krasnoludów, Czwartego Doktora, londyńskich detektywów czy absolutnie wszystko, co wymyślił Joss Whedon - a przynajmniej to zdaje się sugerować mi tumblr), podlane sporą dawką meta-narracji i nie traktujący się zbyt serio. Cyda zasugerowała termin "uber!crossover" na opisanie "GND", co chyba jest najlepszym wyjściem. Crossover to fanfik, który zazwyczaj łączy w sobie elementy dwóch dzieł źródłowych, np. "Teen Wolfa" i "SG-1", tworząc nowy świat lub osadzając akcję w jednym z nich - a "Buildingverse" idzie po prostu o krok dalej (OK, idzie mnóstwo kroków dalej, bo absolutnie każdy może w nim zamieszkać; polecam epizod ze spotkaniem klubu dziewczyn z dziwnymi chłopakami - oczywiście Christine i Sarah do niego należą, ale szefuje mi Chihiro, której chłopak jest rzeką - tam świetnie widać, jak szeroko rozciąga się świat przedstawiony).

Bo to właśnie jest post-modernistyczna popkultura - jak ośmiornica wyciąga macki przez cały multifandom (to taki fandom, tylko dla wielu rzeczy na raz, jeśli ma to sens - w dobie powszechnego dostępu do internetu nasze gusta kulturowe się uśredniły, co niektórzy świadomi tego procesu twórcy wykorzystują w swoich dziełach, że wspomnę tu tylko o Stevenie Moffacie czy producentach "SPN"; coraz więcej też my, odbiorcy kultury, wiemy na temat zasad jej działania). Co tam SuperWhoLock (czyli połączenie gifów z "Supernatural", "Doctora Who" i "Sherlocka BBC", opierające się na pomyśle, że jak znasz i lubisz jeden z seriali, to pewnie znasz i pozostałe, choćby biernie, tzn. z postów na tumblrze - lub po prostu jesteś fanem wszystkich produkcji), "Girls Next Door" idzie jeszcze dalej: tworzy świat, w którym żyją postaci z różnych historii i różnych mediów (seriali, filmów kinowych, musicali i książek: tak z biegu jestem w stanie wymienić DW, SPN, Buffy, Narnię, twórczość Edgara Wrighta, Les Mis, LotR, PotC oraz HP), które świadome są tego, że gdzieś za sobą pozostawiły oryginalne dzieło, w którym występowały, ale teraz mieszkają razem w jednym budynku (którym zarządza Marcia ze "Spaced"!), są studentami tego samego uniwersytetu i żyją tworząc nową historię, trochę w typie serialu "Friends" - przy czym pamiętają, skąd pochodzą i ma to wpływ na ich decyzje. Ale jednocześnie jest to fanowskie przedstawienie postaci, co wyraźnie widać, gdy fanon!Eric w pewnym momencie zaczyna się zachowywać jak canon!Eric (fanon=fanowskie wyobrażenie danej postaci, canon=postać z oryginalnego źródła, bez żadnych zmian; moim ulubionym, ilustrującym ten problem przykładem jest fanon!Draco z "Harry'ego Pottera", który w fanfikach Cassandry Clare nosi skórzane spodnie, spore ilości eyelinera, pali jak smok oraz posługuje się kwestiami dialogowymi Spike'a z "Buffy"). Dwie główne bohaterki to młode dziewczyny, które mimo występowania w bardzo tradycyjnych historiach są bardzo wyemancypowane i jasno informują o tym swoich stalkerów. W dodatku całość jest bardzo meta: bohaterowie zdają sobie sprawę z kalek kulturowych, konwencji baśniowych i tym podobnych rzeczy, często również przewidują pewne wydarzenia, bo przecież tak działa narrativum (jeśli nie wiecie, jak działa narrativum, polecam lekturę właściwie dowolnej powieści o wiedźmach Terry'ego Pratchetta).

Ekhem.
Wyobraźnia autorki (i jej poczucie humoru) właściwie nie znają granic. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest ten, gdzie Jareth zostaje zmuszony do spełnienia urodzinowego życzenia Toby'ego i ostateczny rezultat został narysowany w stylu "Calvina i Hobbesa" Billa Wattersona - co w sumie samo się narzuca, ale ktoś musiał na to wpaść jako pierwszy. Jest też polski akcent w postaci Geralta z Rivii, a Christine jest shipperką (na pewno Sary i Jaretha, ale również Javerta i Valjeana). Pika-la-Cynique bawi się konwencjami, ma własne running jokes ("Glitter!") i potrafi z wielu na pierwszy rzut oka niedobranych elementów stworzyć bardzo wciągającą fabułę; przy czym wyraźnie widać, że widzi wzorce i nie obawia się ich eksploatować i wyśmiewać (gdy trzeba), ale przede wszystkim kocha każde dzieło, z którego czerpie inspirację. Świetnie też zdaje sobie sprawę z tego, że "Buildingverse" ma swoje ograniczenia, przede wszytkim związane z tym, że co poniektórzy aktorzy w RL grali różne postaci (tutaj przykład z Hugh Jackmanem). Czytelnik zawsze chce więcej, zwłaszcza, że wiadomo o co najmniej trzech scenach, które wydarzyły się poza kadrem i były epickie (np. walka pomiędzy Jarethem a Frankiem-n-Furtherem... zostawić was na chwilę samych z tym obrazem w głowie?).

O sile rażenia "GND" niech świadczy fakt, że ja właściwie nie czytam sieciowych komiksów (to domena Beryl), a ten połknęłam kiedyś w trakcie jednego wieczoru. Sporą rolę odgrywał w tym oczywiście Jareth, ale sam jeden nie byłby mnie w stanie przy "GND" utrzymać. Na szczęście jest też humor, inteligentna fabuła i ciekawa kreska. Jeśli już czytacie ten komiks, to wiecie, o czym mówię; jeśli nie, strasznie wam zazdroszczę przyjemności przed wami. I koniecznie dajcie znać, co o nim myślicie!



Dodatkowe linki:

1. Jeśli ktoś nie lubi czytać komiksów, to wierni fani przerobili je na youtubowe videosy. Poziom dubbingu poprawia się z czasem.

2. Przy pisaniu tekstu korzystałam oczywiście z odpowiedniej strony na TVTropes, bardzo polecam.

3. Jeszcze jeden przykład na to, w jak fantastyczny sposób działa umysł Pika-la-Cynique: fanart do Sherlocka BBC, twórczości Davida Bowiego (co najmniej dwie aluzje!) i oczywiście "Labiryntu".

4. Polecam właściwie całą inspirowaną "Labiryntem" galerię, bo jest to miłość, którą dzielę z autorką od dzieciństwa (co, jeśli mnie znacie, sporo dziwnych cech mojej osobowości potrafi nieźle wyjaśnić).


P.S. W zeszłym tygodniu FGttG przekroczył magiczną liczbę 100k wyświetleń (yay my!) oraz zyskał 70-tego Obserwatora (witamy!). Reflektujecie z tej okazji na jakiś konkurs? :D Tylko mam problem z wymyśleniem odpowiedniego, egalitarnego zadania.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.