3x urban fantasy (w Londynie)

by 6.4.13 53 komentarze
0. 
Urban fantasy to taki gatunek książek fantastycznych, który wyrósł jako naturalne przedłużenie klasycznego fantasy. Niektórzy autorzy zaczęli się zastanawiać, jak postępująca urbanizacja i technologizacja społeczeństwa wpływać by mogła na magię i istoty magiczne. Pewnie można argumentować, że gatunek narodził się już u Tolkiena (Mordor jako metafora rewolucji przemysłowej i jej wpływu na środowisko naturalne czy rozdział "Porządki w Shire"). Jedną z najważniejszych pozycji w kanonie urban fantasy jest "Polowanie na jednorożca" (1987) Mike'a Resnicka, które przetarło drogę takim seriom jak "Akta Dresdena" Jima Butchera; co zabawne, anglojęzyczna wikipedia za urban fantasy uznaje bardzo dużo tytułów, które ja raczej zakwalifikowałabym do paranormal romance (książki autorek takich jak Holly Black czy Laurell K. Hamilton), jak również sporo YA (Emma Bull). Nie jest to błędna klasyfikacja, bowiem gatunek, jak sama jego nazwa wskazuje, obejmuje wszystko to, co zawiera magię w mieście. Z przykładów rodzimych przychodzi mi na myśl tylko jedna powieść, "Kwiat paproci" Michała Studniarka.

0a.
Moim zamysłem jest przedstawienie trzech przykładów urban fantasy w najcudowniejszym mieście świata (bo jak powiedział Samuel Johnson: "When a man is tired of London, he is tired of life."). Są to przykłady subiektywne, książki, które kiedyś (lub w zeszłym tygodniu) mnie zachwyciły, do których chętnie wracam. Pominęłam twórczość Chiny Mieville'a, bo o "Krakenie" już już kiedyś pisałam, "LonNiedyn" jest adresowany do dzieci, a "King Rat" nie czytałam (choć stoi na półce).

1.
Neil Gaiman, "Nigdziebądź" (1996)

aut. Maja Lulek
Pierwsze wydanie "MAGa", z półnagim, skrzydlatym mężczyzną w skórzanych spodniach było pierwszym urban fantasy, jakie przeczytałam w życiu. Powiem więcej, ponieważ wtedy jeszcze nie znałam ani mapy Londynu, ani mapy londyńskiego metra na pamięć (OK, teraz też nie znam, ale zdecydowanie się lepiej w obu orientuję), większość aluzji do miejsc faktycznie istniejących po prostu nie załapałam. Nie przeszkodziło to mi w zakochaniu się w książce. Co zabawne, nie widziałam więcej niż pół odcinka serialu, którego "Nigdziebądź" jest nowelizacją, nie słuchałam też najnowszej wersji radiowej (ale zamierzam, wracając z Wiednia w maju). Nie wiem, czy w związku z tym nie uważam podświadomie, że najlepsze książki z gatunku urban fantasy muszą być mocno osadzone w Londynie. Z perspektywy czasu uważam, że "Nigdziebądź" wcale nie jest najlepszym reprezentantem gatunku, ale nadal mam do tej książki bardzo duży sentyment - choć to naprawdę taki powieściowy fanfik do miasta.

Gaiman sam pomysł urban fantasy rozwinął w powieściach "Amerykańscy bogowie" oraz "Chłopaki Anansiego".

2.
Kate Griffin, cykl Urban Magic

Kate Griffin to tak naprawdę pseudonim Catherine Webb, dziecięcej autorki, która postanowiła zerwać ze swoją dziecięco-literacką przeszłością, tworząc "Szaleństwo aniołów" - przy czym sama strzeliła sobie w stopę tytułem, a dobił ją okładką wydawca. Serio, dla mnie połączenie tytułu z grafiką aż krzyczy paranormal romance. Właściwie nie pamiętam, dlaczego po książkę jednak sięgnęłam (chyba Beryl mnie namówiła), ale bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Matthew Swift, główny bohater, jeszcze przed chwilą był martwy, a teraz jest błękitnymi aniołami. Znaczy się nie klonami Marleny Dietrich, tylko... hm, właściwie trudno to wyjaśnić. Anioły to istoty nowe w magicznym Londynie, zrodzone w kablach telefonicznych, bardzo potężne, infantylne i dzielące właśnie ciało ze Swiftem. Który został zamordowany i właściwie chciałby wiedzieć przez kogo. W trakcie cyklu awansuje na Nocnego Burmistrza (polecam cudowne video o The City of London i jego burmistrzu), dostaje czeladniczkę i rozwija swoje moce, ewoluując jak Pokemon. Czyta się książki z cyklu Urban Magic bardzo dobrze, a największą zaletą wg. mnie jest to, jak bardzo magia związana jest z miastem (np. karta Oyster może być wykorzystana jako zaklęcie). Największą zaletą według Beryl jest pewnie to, że Matthew Swift cierpi. :D Plus właściwie bez większych zmian książki są gotowe do przeniesienia na ekran kinowy (idealnie z Paulem Bettanym w roli Swifta).

Przy okazji, pod nazwiskiem Catherine Webb autorka napisała cykl urban fantasy osadzony w wiktoriańskim Londynie, o Horacym Lyle'u, adresowany do nieco młodszych czytelników (po polsku wyszedł chyba tylko jeden tom). Warto też obserwować jej blog (kiedyś go polecałam w karnawale blogowym), bo Griffin ukończyła prestiżową RADA i zajmuje się oświetleniem spektakli m.in. w National Theatre i kiedyś pisała bardzo entuzjastycznie o "Frankensteinie" z Millerem i Cumberbatchem (oczywiście bez podawania tytułu czy nazwisk, zorientowałam się, że chodziło o ten spektakl dopiero po jego premierze - ale warto ją czytać, by wiedzieć, że coś się kroi, np. w tej chwili musical o Sherlocku Holmesie).

3.
Ben Aaronovitch, cykl "Rivers of London" 

Czyli moja najnowsza obsesja, co wiedzą wszyscy, którzy obserwują mojego tumblra (na którym spamuję cytatami, aktualnie z drugiego tomu) lub czytają tego bloga (patrz poprzedni wpis). Beryl, która zaczęła czytać dzień po mnie, miała to samo pierwsze wrażenie: już po kilkunastu stronach czytelnik wie, że ta książka będzie dobra i że ją pokocha miłością dozgonną. Chodzi nie tylko o sarkastyczne poczucie humoru głównego bohatera, ale również o to, że autor, który pisał scenariusze do słuchowisk o "Doctorze Who" i "Blake's 7", postanowił uczynić Petera Granta geekiem. Oraz policjantem-czarodziejem. Znaczy się Peter najpierw został konstablem, a potem odkrył, że potrafi posługiwać się magią - przy czym jako człowiek nowoczesny podchodzi do tajemnych mocy w sposób naukowy. Dodajcie do tego opętania, konflikt pomiędzy antropomorficznymi rzekami i sporo tajemnic oraz okrucieństwa, a otrzymacie książkę właściwie idealną.


W dodatku największym fanem własnej twórczości jest sam Aaronovitch, co powinno być okropne, a tak naprawdę jest urocze. Na jego stronie można znaleźć np. dream casting, poszczególni aktorzy zostali zaproponowani przez fanów, ale Aaronovitch zebrał to wszystko "do kupy", lub theme songs dla niektórych bohaterów.

***

Nie jest to tak, że urban fantasy jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Bardzo go lubię, to fakt, ale w ostatnich latach pojawia się w nim coraz więcej sieczki. Tym bardziej warto wspierać własnym portfelem te pozycje, które wybijają się ponad przeciętność, nie stawiają na romans z trollem czy seks z wampirem jako główny motyw fabularny, lecz raczej starają się wnieść coś nowego do tego dosyć w sumie młodego gatunku, jednocześnie kotwicząc go mocno w historii i geografii danego miasta. Zaproponowane przeze mnie przykłady są dobrymi miejscami startu dla tych z was, którzy chcieliby zacząć swoją przygodę z urban fantasy, a jeśli już coś czytaliście, podzielcie się ze mną swoim doświadczeniami w komentarzach.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.