In the Flesh (2013)

by 9.4.13 14 komentarze
Aeth tak pięknie pisała o 3 sezonie "The Walking Dead" (porzuciłam ten serial jeszcze w pierwszym sezonie, jednocześnie mnie przerażał i nudził, jeśli ma to sens, ale do dziś mam kubek i T-shirt), że przypomniałam sobie o "In the Flesh" i że miałam obejrzeć. Jak też pomyślałam, tak zrobiłam i o rany, chyba lepszej rzeczy w tym roku w telewizji już nie zobaczę (piszę "chyba", bo nadal nie zobaczyłam drugiej serii "Black Mirror").

SPOILERY


Brytyjczycy mają długą tradycję odświeżania toposu zombie, żeby wspomnieć tylko "28 dni później" Danny'ego Boyle'a czy "Shaun of the Dead" Edgara Wrighta i spółki. Kiedy jednak za tematykę zombie zabiera się telewizja BBC (chociażby i jej trzeci kanał), można oczekiwać tylko jednego: łez. I tak jest w przypadku scenopisarskiego debiutu Dominica Mitchella. 

Zaczyna się dosyć typowo: obserwujemy atak grupy nieumarłych na plądrującą supermarket młodą kobietę - czyli typowa scenka w świecie po epidemii, każdy miłośników gatunku widział ją nieraz (np. w "Zombielandzie"). Pewnym novum jest jednak odkrycie, że jest to wspomnienie głównego bohatera, Kierena Walkera, pacjenta rządowej placówki w Norfolk, specjalizującej się w leczeniu ludzi ciepriących na Partially Deceased Syndrome. Terapeuta Kierena uważa, że jest on na najlepszej drodze ku może nie tyle wyzdrowieniu (bo to jest niemożliwe - "Warm Bodies" mogłoby się sporo od tego krótkiego serialu nauczyć...), co powrotowi na łono społeczeństwa. Problemem jest to, że społeczeństwo nie bardzo akceptuje Kierena i jemu podobnych, mając świeżo w pamięci to, co robili w stanie nieleczonym (czyli atakowali stadnie ludzi i wyjadali ich mózgi, nie owijajmy w bawełnę). W Roarton, gdzie Kieren mieszkał przed śmiercią wraz z rodzicami i młodszą siostrą, ciągle działa bardzo prężna bojówka HVF, pod dowództwem Billa-bohatera, którego syn zginął podczas misji w Afganistanie; dzielnie wspiera go w jego działaniach fanatycznie religijny wikary, będący święcie przekonany, że jeśli kogoś pochował, to ten ktoś powinien mieć na tyle przyzwoitości, by pozostać w grobie. Co prawda prawo uznaje cierpiących na PDS za obywateli, ale na północy kraju mało kto się tym przejmuje.

Kieren wraca więc do rodzinnego domu w tajemnicy przed wścibskimi sąsiadami. Siostra, aktywna członkini bojówki HVF, nie akceptuje brata, rodzice mają problem z dostosowaniem się np. do faktu, że Kieren nie je. W dodatku codziennie musi przyjmować lekarstwa w bolesnym zastrzyku, by jego mózg nie powrócił do stanu sprzed leczenia oraz nosi (by utrzymywać miraż bycia żywym) soczewki kontaktowe i tony makijażu - a przecież nawet nie wychodzi z domu.


Widz więc już w pierwszym epizodzie otrzymuje interesujący zarys fabuły: głęboką prowincję, ciekawe, wielowymiarowe postaci po obu stronach "barykady" (jak np. pielęgniarka opiekująca się w tajemnicy Kierenem i jej syn działający w radzie wsi, pod przewodnictwem wikarego), poprawność polityczną i relację rząd-obywatele. Społeczność w Roarton jest niewielka, lecz głęboko podzielona. Część ludzi ciągle żyje w przeszłości (część nie żyje wcale, he he), co jest zrozumiałe: trudno im pojąć, dlaczego osoby, które do niedawna zabijały sąsiadów, otrzymały możliwość powrotu na łono rodziny. Każdy kogoś stracił w trakcie epidemii. Ale też całkiem sporo osób odzyskuje swoich krewnych i świat w krótkim czasie zmienia się ponownie - a nie każdy, martwy czy żywy, potrafi to zaakceptować.

Skomplikowana fabuła jak na trzy epizody ("In the Flesh" trzyma się najlepszych brytyjskich tradycji dotyczących seriali telewizyjnych, których pierwsza zasada zapewne brzmi: "Less is more")? Ha, oczywiście, ale to BBC, więc jeśli da się coś uczynić bardziej dramatycznym, to nikt się przed tym nie zawaha. Kieren to samobójca: odebrał sobie życie po tym, jak jego najlepszy przyjaciel zginął podczas misji w Afganistanie. Zdecydował się na tak drastyczny czyn, bo czuł się winny; Rick zaciągnął się, bo nie akceptował własnego homoseksualizmu, tego, co czuł wobec Kierena. Do bagażu bycia zombie, pamiętającym swoje czyny (morderstwa) sprzed leczenia, należy więc też dodać to, że Kieren tak naprawdę nie chce wracać, nie widzi w tym sensu. Społeczeństwo go nie akceptuje, siostra go nienawidzi, on sam czuje, że nie ma po co żyć, jest całkowicie wyalienowany (i Luke Newberry, grający go aktor, rewelacyjnie to pokazuje - trzeba go dopisać do listy bardzo zdolnych Brytyjczyków, bo ma niezwykły talent do pokazywania bardzo delikatnych emocji) i właściwie nielegalne narkotyki, które powodują regres do stanu sprzed leczenia wydają się być całkiem kuszącą perspektywą. I wtedy w Afganistanie zostaje odnaleziony Rick.

Nietrudno zauważyć, że zombiactwo w "In the Flesh" może być uznane za metaforę homoseksualizmu. Trudno powiedzieć, czy taki był zamysł Dominica Mitchella, ale jest to jeden z najciekawszych komentarzy popkulturowych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Serial nie daje łatwych odpowiedzi (ani happy endów), za to pobudza do myślenia. I łez, nie zapominajmy o łzach. Trzy epizody nie tylko pokazują historię Kierena, ale też wpływ, jaki jego samobójstwo miało na całą jego rodzinę.

Jeśli więc macie wolne trzy godzinki, obejrzenie "In the Flesh" jest zalecane. Jeśli nie macie czasu, postarajcie się go wygospodarować - gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni (a ja będę miała z kim porozmawiać o przepełniających mnie uczuciach).

P.S. Tak mi się wydawało, że ten przygnębiająco-optymistyczny feel serialu skądś znam: Jonny Campbell, reżyser, odpowiadał też za dwa odcinki "Doctora Who": "The Vampires of Venice" i "Vincent and the Doctor".

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.