Białe, czarne, kolorowe

by 11.9.13 31 komentarze
Czasami temat po prostu sam się prosi o zrealizowanie w formie notki. Gdy w ciągu tygodnia wszystko, co zainteresowało mnie w internecie, obracało się wokół kwestii reprezentacji różnych ras w literaturze, wiedziałam, że w końcu będę musiała ulec. Nadal uważam, że są osoby mające lepsze kwalifikacje do napisania tej do notki, ale raz się żyje. Najwyżej zjedziecie mnie w komentarzach.

 1. Sera fuku jako narzędzie opresji

Wszystko zaczęło się od artykułu na wielce ciekawym blogu Rich In Color, poświęconym problemowi dywersyfikacji rasowej bohaterów w książkach (głównie YA), zalinkowanego przez Carrie. Autorka, Karen Sandler, dosyć stanowczo rozprawia się z pięcioma (wyssanymi z palców) obawami pisarzy przed pisaniem postaci, które należą do innych ras/kręgów kulturowych - jej rady sprowadzają się do "DO YOUR RESEARCH WELL". Faktycznie, jeśli wyobraźnia pozwala nam pisać o zombie czy kosmitach, Maorys nie może być trudniejszy - choć oczywiście dochodzi tu kwestia szacunku wobec innej kultury. Czym innym jest wymyślenie rasy (elfów, kenderów, ludzi-płaszczek) od podstaw, a o czym innym opisanie tradycji, wartości, a czasem również mentalności istniejącej grupy ludzi. Taka odmienność i wynikający z niej konflikt może być fascynującym tematem książki ("Szogun" Clavella, "Cetaganda" Bujold), ale w dzisiejszych czasach o wiele bardziej bardziej prawdopodobnym rezultatem jest oskarżenie o próbę zawłaszczenia wartości kulturowych (tzw. cultural appropriation). Poprawność polityczna is a bitch, powiedzmy sobie szczerze, to obosieczne ostrze. Z jednej strony broni naszych praw, z drugiej warto sobie uświadomić, że potępiając fake Apache trackera z podcastów "Welcome to Nightvale" powinniśmy ten sam mechanizm zastosować do wszystkich cosplayerek Sailor Moon, które nie są Japonkami, T.E. Lawrence'a czy Lady Gagi (a tylko połowie z nich obrywa się od oburzonych fanów na tumblrze).


2. Jeśli jesteśmy w Londynie, dywersyfikacja jest konieczna

Ale ja nie o tym chciałam pisać, wspominam o problemie na marginesie, tylko o Aaronovitchu raczej, autorze, który głównym bohaterem cyklu popularnych książek uczynił młodego mężczyznę z mieszanego małżeństwa (moment, czy aby na pewno małżeństwa? to takie moje założenie jako czytelnika, może być błędne, nie byłby to pierwszy raz, gdy ja lub inna osoba się myli; nie szukając daleko, Carrie wyobrażała sobie Petera jako białego człowieka, a Ninedin i ja ojca Petera jako czarnego). Autor zresztą trolluje niemiłosiernie, bawiąc się naszymi uprzedzeniami: doktor Walid, muzułmanin, jest przecież rudowłosym Szkotem. Sam Aaronovitch jest WASP (White Anglo-Saxon Protestant), więc mamy rzadki przypadek cross-racial writing: biały autor, ciemnoskóry bohater. Ninedin zwróciła również uwagę na kwestię odrębności kulturowej ekspatriantów z Sierra Leone, która jej zdaniem została potraktowana z odpowiednim szacunkiem. Z mojego punktu widzenia ważne jest to, że czyniąc z głównego bohatera policjanta, czyli osobę, która przekracza granice ras i klas, i umieszczając akcję w Londynie, Aaronovitch musiał po prostu uwzględnić w fabule, jak bardzo multi-kulti jest to miasto, bo inaczej doprowadziłby do zakłamań.


3. Czy my się już kiedyś spotkaliśmy?

W serialach proceduralnych sporą popularnością cieszy się ostatnio kwestia nierozpoznawania ludzi z innej rasy niż ta, do której świadek należy. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że faktycznie tak jest: dla mnie wszyscy Koreańczycy są bardzo do siebie podobni. U Aaronovitcha Peter, policjant, a więc osoba, której zmysł obserwacji powinien być bardziej rozwinięty niż u przeciętnego obywatela, myli Cichych Ludzi. Skoro polegamy więc już na pierwszej przeszkodzie, wyglądzie, jak pojąć i odpowiednio opisać np. skomplikowane więzi rodzinne sierraleończyków, skoro u rdzennych Anglików coś takiego jak relacje rodzinne prawie nie występuje? Odpowiedzią jest oczywiście gruntowny research - pewnie, że najlepiej jest pisać o czymś, co znamy, ale przecież niekoniecznie musimy daną rzecz znać z własnego doświadczenia, prawda? Czyli wracamy do artykułu Karen Sandler. O czym ona jednak nie wspomina i uważam to za niedopatrzenie, to kwestia nietraktowania koloru skóry jako narzędzia do pokazania mechanizmów społecznych; na tym bardzo często polegała Le Guin, której opowiadania były świetnymi analizami antropologicznymi, ale nijak nie dało się zżyć z bohaterami. Aaronovitch ma podobny problem z zamianą rzek: kiedyś były one białymi mężczyznami, a teraz są czarnymi kobietami - czyli zmiana na dwóch poziomach, rasy i płci - ale tylko Lady Ty ma ciekawą osobowość.


4. Post-kolonializm

Bronić będę jak niepodległości stanowiska, że post-kolonializm jako narzędzie analizy literatury uczynił więcej szkody niż pożytku, relegując nowych autorów ze starych kolonii do kręgu z etykietą "INNE". Doceniamy prozę Zadie Smith, zachwycając się tym, jak opisuje życie w londyńskich etnicznych enklawach (jak wcześniej Kureishi), ale głównym argumentem jest egzotyka na naszym podwórku, w dodatku akceptowana tylko do pewnego stopnia, jeśli traktowanie Romów w Londynie ma być miernikiem nastrojów społeczeństwa. Gdzieś zgubiła się globalna, internetowa wioska, wraz ze śmiercią Octavii Butler umarł afrofuturyzm. Prawdziwie zdywersyfikowane rasowo, koegzystujące pokojowo społeczeństwa trafiły do "Star Treka". I może to science fiction jest odpowiedzią na problemy, jakie w tej kwestii prezentuje współczesna literatura. Mamy "Cyberabad Days" Iana McDonalda, w "Obcym brzegu" Celii Friedman sytuacja jest jeszcze bardziej optymistyczna. Tu już nie mamy do czynienia z token person of colour. Te książki należy promować, dyskutować o nich, pisać recenzje, a może w końcu doczekamy się społeczeństwa rodem z wizji Rodenberry'ego.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.