Ten drugi film o szopach i karabinach, a.k.a. "Captain America: The Winter Soldier"

by 5.5.14 26 komentarze
Na niektórych ludziach nie można polegać. Beryl na przykład obiecała dawno temu, że napisze recenzję najnowszej odsłony najdroższego (bo kinowego i pełnego wybuchów) serialu świata, ale niestety z obietnicy się nie wywiązała. W związku z tym, zamiast czytać jej koheretny, wyważony wpis, zmuszeni byliście A) długo czekać, nie mając zbyt wielkich nadziei (in your face, Dickens!) na to, że wpis na temat "Kapitana Ameryki" w'ogle się na Fangirl's Guide to the Galaxy pojawi, bo mnie ostatnio z kinem nie po drodze B) gdy wreszcie udało mi się na seans wyrwać, endorfiny tak uderzyły mi do głowy, że notka składać się będzie z samych zachwytów. Zostaliście ostrzeżeni; chciałam również zauważyć, że każda krytyka filmu w komentarzach będzie ignorowana, a ja będę sobie w głowie na wasz temat mówić "Just you wait, 'enry 'iggins, just you wait!", tak wysoki jest mój poziom fangirlingu.

(Poza tym ukradłam Beryl tytuł notki. YOLO.)


SPOILERY ZA WCIĘCIEM
Winna jestem Kapitanowi Ameryce spore przeprosiny. Od samych początków Marvel Cinematic Universe uważałam go za bohatera o najmniejszym potencjale, jeśli chodzi o opowiadanie ciekawych historii na dużym ekranie. Jego "origin story", czyli "Captain America: The First Avengers", był wizualnie ciekawy (lata 40-te!), acz miałki fabularnie, bo typowy w takim bardzo amerykańskim stylu, do którego główny zły, Red Skull, mimo iż grany przez Hugo Weavinga, wydawał się być tylko niepotrzebnym dodatkiem.


Ale gdy udało mi się wreszcie wybrać do kina na "Kapitana Amerykę: Zimowego żołnierza", okazało się, że nakręcono najlepszy film w dotychczasowym dorobku MCU. I to głównie dzięki Steve'owi Rogersowi. Wyobraźcie sobie moje zdumienie: wzięto to, co do tej pory uważałam za najgorszą cechę Kapitana - jego prostolinijność - i przekuto w w zaletę i siłę napędową fabuły. Przy czym wspomniana fabuła mogłaby się obejść bez superbohaterów - pewnie, nie można by wtedy pokazać dwóch 95-latków bardzo ambitnie tłukących się po mordach w coraz to nowych lokacjach i spektakularnie wybuchających helicarrierów, ale też nie w tym zasadza się siła filmu.

"Avengersi" byli punktem zbornym dla kilku nitek fabularnych, prowadzonych przez tych bohaterów, którzy tworzą drużynę (bo przed wyruszeniem w drogę...). Od ich czasu Marvel Studios kręci filmy z Thorem, które subtelnie przesuwają fabułę całego universum do przodu, jednocześnie otwierając furtkę do kosmicznych przygód ("Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii'm HOOOOOOOOOOOOOOOKED on a feeeeliiiing!!!" ...ekhem...), filmy o Tony'm Starku, które głównie są o Tony'm Starku (nie dziwota, RDJ jest w stanie sam udźwignąć film) oraz dosyć nieoczekiwanie, film z Steve'm Rogersem, który jest dosyć transparentną krytyką naszego świata. Serio, jedyne, czego temu filmowi brakuje, by był jeszcze bardziej oczywisty, to cameo Stephena Colberta (który zresztą po "Civil War" dostał tarczę Kapitana Ameryki, wisi u niego w studio).

NSA odbija się czkawką w kinematografii (wspomnę tylko o "Person of Interest"). Tu reprezentowana przez HYDRĘ, która ma dodatkowo ten tak uwielbiany przez Amerykanów wątek spisku ("X-Files" czy "Teoria spisku"). Dziwił mnie w zwiastunie Robert Redford w filmie o superbohaterach - niby Marlon Brando lata temu przetarł ścieżkę, ale nadal widz zastanawia się, czy Marvel Studios nie dostało od Wesa Andersona całego krępującego dossier na hollywoodzkich aktorów, bo obsady są imponujące - ale po seansie już wiem, dlaczego zgodził się zagrać Alexandra Pierce'a. Widzicie, pierwszym filmem z Redfordem, jaki widziałam, był "Więzień Brubaker" i dla mnie zawsze był to aktor podejmujący trudne tematy. I taki właśnie jest "Zimowy żołnierz". Mówi prawie to samo, co "Iron Man 2" (hej, lubię ten film, choć chętnie wycięłabym co poniektóre kawałki): rząd (i jego agencje) nie mają na celu dobra obywateli. Tylko tam, gdzie w "IM2" z rządem dyskutował celebryta Tony Stark, tu jak ta siłaczka świat usiłuje zmienić zwykły chłopak z Brooklynu. "Iron Man" (cała trylogia) zajmuje się głównie kontestowaniem wydatków zbrojeniowych oraz prawdziwych powodów interwencji zbrojnych. Kapitan zaś odkrywa, że Ameryka, za którą walczył w trakcie drugiej wojny światowej, tak naprawdę nie istnieje (Wojtka Orlińskiego przepraszam za podebranie frazy, było to zupełnie nieświadome). Jest za to słabe państwo, które usiłuje sprawować kontrolę nad resztą świata. Wzajemne zaufanie jest przeżytkiem, tu każdy każdego szpieguje (mimo, że zimna wojna już się skończyła), wszystko podszyte jest (uzasadnioną) paranoją o wszechobecnym spisku. HYDRA może i jest wygodną metaforą na NSA, ale tak naprawdę chodzi o konserwatystów. Znamienna jest postać senatora, z którym rozmawia Sitwell - choć nie wiemy, do jakiej partii należy, możemy się tego domyślać. Taki polityczny pastisz nam zafundowało Marvel Studios, które chyba usiłuje wychować nastoletnich widzów na pokolenie demokratów.

Ale aluzje polityczne są subtelniejsze. Wspaniały jest Steve Rogers mówiący "On your left". Bo Rogers na pewno ma lewicowe poglądy, popiera Obamacare, obowiązkowe szczepienia i opiekę nad weteranami. Na pewno zastanawia się nad zasadnością wysyłania wojsk do Afganistanu, a nie Korei Północnej. Symboliczne, czarno-białe jak światopogląd Steve'a Rogersa, są napisy końcowe - to jest dobre, a to złe, plus czerwony, który może symbolizować HYDRĘ, ale raczej Bucky'ego Barnesa (a przynajmniej ja się skłaniam ku takiej interpretacji, inaczej po co zostawiono by mu gwiazdę na ramieniu?). Zwierz uważała, że Zimowy żołnierz jest niepotrzebny, ale to nieprawda, on dopełnia symboliczną trojkę tragicznych historii tego filmu: Nicka Fury'ego, który "temi ręcami" budował S.H.I.E.L.D., a został zmuszony do rozwiązania swojej agencji; Natashę Romanow, która wreszcie musi zdecydować, kim jest i komu zaufać; i Barnes, który właściwie przestał być niewolnikiem systemu i musi zacząć samodzielnie myśleć. Steve Rogers w trakcie trwania filmu właściwie się nie zmienia: on jest kagankiem, który wskazuje drogę innym, moralnym kompasem. Symboliczna jest też kradzież kostiumu ze Smithsonian Institute - USA powinno wrócić do wartości, którymi kierowało się w trakcie drugiej wojny światowej.

(Ciekawą interpretację postaci Steve'a w "Zimowym żołnierzu" zaproponowała HelloTailor. Według niej jest on typowym przykładem depresji spowodowanej samotnością.)


Mimo jednak tej uporczywej niezmienności, a może właśnie dzięki niej, film mógł się skupić na wątkach, o których wspomniałam wyżej. pewnie, nadal jest to produkcja Marvela, więc można się pośmiać, pogapić na efektowne wybuchy i pozachwycać scenami walki (zwłaszcza, gdy na ekranie walczy Zimowy żołnierz). Jednocześnie jednak dostaliśmy bardzo poważny film, na którym naprawdę trudno się nudzić. Uwierzcie, że gdybym mogła, poszłabym do kina jeszcze ze dwa razy. Na razie jednak zostaje mi oglądanie pierwszego "Kapitana Ameryki", który nagle w moich oczach zyskał na wartości.

P.S. Czy tylko mnie irytuje, że Pietro będzie miał teraz dwa różne ekranowe wcielenia?

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.