Ulało mi się

by 24.8.14 25 komentarze
Cześć, mam na imię Ola i jestem aktywnym fanem fantastyki od 17 lat. Książki SF czytam od 23 lat, lubię też mangi, komiksy, filmy i seriale.

Fandom był dla mnie objawieniem. Gdy w 1999 roku zapisałam się do Śląskiego Klubu Fantastyki, poczułam, że wreszcie znalazłam moje miejsce na ziemi: takie, w którym czułam się zrozumiana, gdzie moje pasje nie były uważane za dziwne i gdzie mogłam aktywnie działać. Szybko wciągnęłam się w organizację konwentów: najpierw mangowych (Asucony i jeden Yukicon), potem fantastycznych (Polcon 2001). Pisałam artykuły i recenzje do kilku fanzinów. W 2005 roku pojechałam na mój pierwszy i do tej pory jedyny Worldcon w Glasgow (byłam członkiem dwóch innych, Yokohamy w 2007 i Londynu w 2014, ale życie stanęło mi na drodze i nie mogłam na nie pojechać). Prawie cały konwent przepracowałam jako gżdacz, poznając nowych ludzi. W 2010 pojechałam na Eastercon; w tym samym roku byłam jednym z głównych koordynatorów Euroconu w Cieszynie, który może nie był największym z konwentów, ale bardzo skomplikowanym z uwagi na nitki programowe w czterech językach i współpracę z fanami z wielu krajów. Poznałam wtedy za pomocą internetu wielu tłumaczy, profesjonalnych i amatorskich, którzy za darmo, dla czystej przyjemności pomagania przekładali na trzy inne języki i sprawdzali teksty do informatora, programu oraz notki na stronę. Każdy z nich dostał za to koszulkę i antologię opowiadań, część z nich nawet nie była na konwencie, przy którym pomagali.

2010 rok był wyjątkowy pod jeszcze jednym względem: poproszono mnie, bym reprezentowała jako polski agent Worldcon w Londynie. Oczywiście się zgodziłam.

Jeśli bycie fanem czegoś mnie nauczyło, to przede wszystkim tego, że choć praca przy konwentach czasami jest cięższa niż zarobkowa, przynosi o wiele więcej satysfakcji, bo wykonuje się ją z własnej woli i w ramach hobby. Staram się pomagać ludziom w miarę swoich możliwości. W 2007 tłumaczyłam na język angielski teksty na Polconową stronę, zajmowałam się też Green Roomem w Warszawie. W tym roku podjęłam się (nie sama!) stworzenia programu literackiego na Polcon w Bielsku, który to konwent jest bardzo bliski mojemu sercu; służyłam też poradą polskiemu bidowi na Eurocon 2016 (niestety nie wygraliśmy, ale Wrocław będzie miał Eurokonferencję). Zamierzam zaangażować się w organizację Worldconu w Dublinie w 2019. Za to wszystko, za konkursy, imprezy jednodniowe, prelekcje i tym podobne rzeczy nie dostaję kasy. Robię to dla przyjemności.

Tym bardziej jest mi przykro, gdy pierwszym fejsbukowym komentarzem pod udostępnionym programem Polconu jest: "Program ssie" - zwłaszcza, gdy osoba go pisząca wyraźnie nie miała czasu, by do niego zajrzeć, zanim wklepała swoją "krytykę". Było mi bardzo głupio, gdy na łódzkim Polconie fani chodzili w koszulkach z napisami "Jestem orgiem, nie mogę ci pomóc" i wyprodukowali specjalny, "śmieszny" biuletyn. Jeszcze gorzej się poczułam, gdy po zeszłorocznych problemach z kolejką akredytacyjną w Warszawie w kuluarowych dyskusjach padało moje nazwisko w kontekście "A nie mówiłam!"


Ludu, głęboko wierzę w to, że gdyby choć cząstkę energii, którą poświęcacie na "dowcipne" hejtowanie, poświęcilibyście na prace przy konwencie, świat stałby się lepszym miejscem, bardziej przyjaznym, milszym. My, mniej lub bardziej przypadkowi organizatorzy, poświęcamy czas i energię, by przygotować imprezę dla setek, czasem tysięcy osób. To praca na cały dodatkowy etat i wykonujemy ją z przyjemnością, ale macki opadają, gdy napotykamy na swojej drodze "krytykę dla krytyki". Pewnie, orgowie Polconu w Bielsku mają problemy, do tej pory zdobywali doświadczenie głównie przy lokalnym Grojkonie, ale zamiast żądać od nich (nas) pewnych rzeczy, może warto zapytać: "Hej, mogę w czymś pomóc? Umiem to, to i to." A jeśli na to was nie stać, to przynajmniej ugryźcie się w język, zanim coś chlapniecie.

Nie było mnie na londyńskim Worldconie, ale mam program z rozdania nagród Retro Hugo za rok 1939. W nim Sam Moskowitz, organizator pierwszego Worldconu z 1939 roku, pisze (tłumaczenie moje):
"W lutym 1937 roku w Nowym Jorku odbył się jednodniowy konwent, sponsorowany przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Naukowe (ISA), którego członkami byli między innymi Donald A. Wollheim, Frederik Pohl, Robert Lowndes, Jack Gillespie, Richard Wilson i inni, którzy potem stworzyli grupę zwaną Futurianami. Było ich około czterdziestu. (...) Głosowali nad stworzeniem komitetu, który miałby się zająć zorganizowaniem światowego konwentu, ale nigdy się tym celu nie spotkali.

W 1938 ISA zostało rozwiązane przez Wollheima, Pohla i Cyrila Kornblutha, łącznie z komitetem do spraw Światowego Konwentu Science Fiction. W maju 1938 roku, razem z Willem Sykorą, zorganizowałem pierwszy amerykański konwent SF w Newark, New Jersey. Pojawiło się na nim 125 fanów i tak fenomenalna frekwencja przekonała nas, że powinnismy spróbować zorganizować Worldcon.

Ponieważ poprzedni komitet został rozwiązany wraz z ISA, zawiązaliśmy nowy. Futurianie byli na nas źli, ponieważ żaden z nich nie był członkiem nowego komitetu. (...)

[Futurianie] rozpętali kampanię przeciwko nam, rozsyłając biuletyn, w którym twierdzili, że wypożyczyliśmy "Metropolis" z nazistowskich Niemiec, więc byliśmy, rzecz oczywista, faszystami i nie powinno się wspierać naszego konwentu. Tak naprawdę wypożyczyliśmy film z Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowego Jorku, a jego reżyser, Fritz Lang, był Żydem, który musiał uciekać z Niemiec w obawie o swoje życie. Donald A. Wollheim napisał list do wszystkich czasopism SF, w którym prosił, by nie wspierać Worldconu poprzez podarowanie obrazów, uczestnictwo czy wygłaszanie prelekcji. Ten list został wydrukowany w wielu magazynach. (...)"

Wygląda więc na to, że pewne rzeczy są więc uniwersalne i towarzyszą konwentom od zawsze. Ale to nie znaczy, że muszę się z nimi w milczeniu godzić, prawda?

(Notka dedykowana jest Lunie, której też ostatnio "ulało się", choć w innym temacie. :P)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.