Gdzie jest granica?

by 28.5.15 9 komentarze
Od czasu poprzedniej notki sprowokowanej gwałtem na Sansie w odcinku "Gry o tron" przeczytałam sporo reakcji na ten temat, lepszych i gorszych, broniących scenarzystów i ich potępiających. Najciekawszy był chyba ten tekst, porównujący najnowszego "Mad Maxa" do wyżej wspomnianego serialu (choć i on ma kilka problematycznych fragmentów, jak usprawiedliwianie przemocy kobiet). Nie zamierzam ich analizować, bo nie to mnie w tej chwili najbardziej frapuje. Ta notka będzie o czymś innym, częściowo wspomniałam już o tym wcześniej, ale chciałabym dodać kilka słów.



Jedna z czytelniczek odezwała się do mnie na privie, dziękując za notkę, bo w jej odczuciu trochę za dużo czasu spędzamy roztrząsając problemy fikcyjnych postaci (tu: gwałt), a ignorując realne problemy (tu: również gwałt). W moim odczuciu obie te kwestie są powiązane, bo jak pisze Chuck Wendig, dzieła popkultury i ich podejście do pewnych spraw rysują pewien obraz rzeczywistości (tu: kultura gwałtu*), natomiast zainteresowało mnie co innego: zaangażowanie w fikcję - a przede wszystkim jego granice.

Simon Pegg powiedział ostatnio w kontrowersyjnym wywiadzie dla RadioTimes: 
“It is a kind of dumbing down in a way,” he continued. “Because it’s taking our focus away from real-world issues. Films used to be about challenging, emotional journeys or moral questions that might make you walk away and re-evaluate how you felt about... whatever. Now we’re walking out of the cinema really not thinking about anything, other than the fact that the Hulk just had a fight with a robot.”
I pomijając oczywistą bzdurę, że najnowszy film Marvela nie prowokuje do głębszej refleksji (bo prowokuje, ale nie jest to kwestia jakości dzieła, tylko kwestia myślenia odbiorcy), może faktycznie jesteśmy w dzisiejszych czasach zaangażowani w ucieczkę od rzeczywistych problemów w świat fikcji książkowej, growej czy ekranowej trochę zbyt bardzo, ale nie w tym sensie, w jakim mówi o tym Pegg. Problemem jest to, że czujemy się, my widzowie, my gracze, my czytelnicy częścią procesu twórczego - a w dosyć oczywisty sposób nim nie jesteśmy.

 

Najbardziej chyba przejechał się na tym twórca "Teen Wolf", Jeff Davis, który po pierwszym sezonie był wielbiony jako "dar dla fanów". Szybko jednak okazało się, że łaska owych fanów na pstrym koniu jeździ i wylała się z tumblra na niego fala krytyki: głównie za queerbaiting sterekowy, ale potem również za stereotypizację Azjatów; raz wprawiona w ruch machina okazała się być nie do powstrzymania i właściwie każda scena jest kilkukrotnie analizowana, czy aby przypadkiem Davis znowu się nie "podłożył".

Hej, sama jestem fanką Stereka jako pairingu. Ale jestem też fanką "Teen Wolfa" jako serialu i nie uważam, że słusznym jest mówienie scenarzyście, co ma pisać tylko dlatego, że chcemy to zobaczyć na ekranie. Od tego mamy podział na kanon i fanon. Ja np. uwielbiam coffee shop AU, ale nie chciałabym, by "Teen Wolf" (albo "Hobbit") rozgrywał się w głównie w tym settingu, bo nie dlatego tą konkretną historię śledzę. Nie roszczę sobie prawa do mówienia twórcy, co chciałabym zobaczyć/przeczytać, nie żądam wprowadzenia zmian w treści. Wierzę przede wszystkim w siłę i wewnętrzną spójność opowiadanej historii.

(Oczywiście są też dobre przykłady słuchania fanów. James Roberts po sugestiach fanów zmienił grupę sparka jednej z postaci (w wydaniu zbiorczym). Ale też James Roberts nadal jest przez fanów wspierany.)

Rozśmieszył mnie ostatnio jeden z postów na tumblrze, krytykujący Jossa Whedona, do niedawna ikonę feminizmu, za sposób, w który stworzył postaci kobiece w "Age of Ultron". Ciekawym zabiegiem jest odniesienie krytyki owej krytyki do postaci Sansy, bo okazuje się, że część fanów ma pretensje o to, że Sansa, która po naprawdę traumatycznych przeżyciach zaczęła pod "opieką" Littlefingera stawać na nogi nagle cofnęła się do Sansy z sezonu drugiego. Tia, bo takie doświadczenia mają tylko żywi ludzie, a nie postaci fikcyjne. Postaci fikcyjne raz zmienione nigdy do punktu wyjścia nie wracają. IT'S A RULE.

Ja też przywiązuję się do fikcyjnych postaci i zdarza mi się mówić o wielkich robotach per MY BABIEZ, ale żądanie, by nic złego im się nie przydarzało jest żądaniem kastracji nie tylko biegu opowieści, ale też charakterów postaci i ich rozwoju. A czasami ten rozwój oznacza również krok wstecz - tak dzieje się również w życiu.

Jeśli zaś fani chcą się poczuć odpowiedzialni za bohaterów, pozostają im fanfiki. Serio, jedyną w moim odczuciu usprawiedliwioną ingerencją w czyjś proces twórczy jest lobbowanie, by inne stacje telewizyjne przejęły przedwcześnie zdjęte z anteny seriale; problem mam nawet z Arthurem Conan Doyle'm, który ugiął się pod naporem wielbicieli i przywrócił Sherlocka Holmesa do życia. Bo autor też ma prawa: do niezależności, do decydowania o swoich bohaterach, do pracy bez nacisków ze strony fanów. Nie ma za to obowiązku słuchać ich narzekań i brać ich pod uwagę. W dzisiejszych czasach każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu uważa, że posiada prawo do wypowiadania się na dowolny temat - właściwie jest to prawda - ale tylko niektórzy wiedzą, kiedy z tego prawa nie warto korzystać.

Joss Whedon opuścił Twittera jakiś czas temu i nie sądzę, by kiedykolwiek ujrzały światło dzienne prawdziwe powody tej decyzji. Ale doskonale rozumiem, że interakcje z fanami mogły być czymś, co w ostatecznym rozrachunku bardziej przeszkadzało niż pomagało, czy to ze względu na treść, czy też intensywność. W końcu jak mówi przysłowie, "gdzie kucharek sześć...". I to my, fani, jesteśmy w procesie twórczym tą nadliczbową kucharką.


*Sorry, "kultura" gwałtu? Gwałt nie jest częścią kultury, polecam powieść "Marianna i barbarzyńcy", Angela Carter lepiej to wyjaśnia.

P.S. Zostawiacie fantastyczne komentarze, czytam je i kiwam głową, bo dopowiadacie rzeczy, o których ja nie pisałam. Dziękuję.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.