Jestem skwaszeńcem, bo nie podobał mi się Mad Max: Fury Road

by 31.5.15 24 komentarze
Byłam wczoraj w kinie na tegorocznym blockbusterze, czyli "Mad Max: Fury Road" i powiedzmy sobie, że podobało mi się tak sobie, z powodów, które pozwolę sobie wyłuszczyć poniżej, głównie dla własnego spokoju ducha, bo od wczoraj mi się w głowie mnóstwo myśli kołata - więc w pewnym sensie film spełnił swoje zadanie, sucks to be you, Simon Pegg.

Na początek disklejmery: nie widziałam poprzednich części (oprócz kawałków "Thunderdome") oraz idąc do kina miałam chyba zbyt wysokie wymagania wobec tytułu, który zachwyca absolutnie wszystkich.

No to zaczynamy, hm?

1. Świat symboliczny, czyli I live! I die! I live again!

Po pierwsze więc, świat przedstawiony. Osobiście miałam kiedyś fazę na post-apo, wydawało mi się, że jak przeczytałam "Kantyczkę dla Leibovitza", "Późne lato" (OK, uwielbiam "Późne lato", idźcie czytać, jeśli nie znacie), "Oryks i Derkacz", to jestem fanką klimatu. Mój problem z MM:FR polega na tym, że post-apo zostało zredukowane do sztafażu, wymówki, by cały świat był komiksowy i nierealny, mimo jego brutalności - w trakcie seansu czułam się trochę tak, jakbym znowu czytała "Old Man Logan", a uwierzcie mi, jest to komiks, który nie podszedł mi bardzo, bardzo i podaję go jako przykład tego, jak zmarnować całkiem niezły pomysł wyjściowy.

Oglądanie MM:FR to jak oglądanie "Sin City" albo burtonowskich Batmanów: są to wszystko filmy prześliczne wizualnie, które jednak przez swoje przestylizowanie nie pozwalają widzowi poczuć się częścią świata przedstawionego. Nie ma całkowitej immersji, bo przyjęte założenia estetyczne na to nie pozwalają.

Wspomniałam dzieła Burtona i Millera (Franka) nie bez powodu, bo antagoniści Millera (George'a) mają sporo wspólnego z ich antagonistami. Wszyscy trzej: Immortan Joe, The People Eater i The Bullet Farmer są właściwie wygrywanymi na jednej nucie karykaturami i choć zabawnie się na nich patrzy, to nie przerażają. To trzech starszych panów, zaszłości poprzedniego świata, patriarcha (mąż), bankier i generał (sędzia na krótko potem), i widz wie, że w nowym porządku nie ma dla nich miejsca; nie wiedzą tego tylko oni. Ich "domy" to próba utrzymania porządku w świecie, gdzie na porządek nie ma miejsca, za pomocą ideologii, pieniędzy lub broni. To jakby ostatnie cytadele cywilizacji. Ale ceną ich utrzymania są też choroby cywilizacyjne.

(Myśleliście, że będę omawiać bezsens walki o ropę? Ha ha, nope, to jest fundamentalne założenie świata przedstawionego i jako takie jest dla mnie święte.)


2. Dychotomia dobra i zła, czyli Who killed the world?

Ale tak naprawdę to nie jest kwestia komiksowej umowności świata, która w tym filmie najbardziej mnie gryzie, oj nie. Najbardziej wkurza mnie powrót do dualizmu dobra i zła jako usprawiedliwionej techniki narracyjnej. Serio? W XXI wieku? Takie rzeczy? Jeśli ktoś jest zły, to jest barrrdzo zły, jeśli ktoś jest dobry, to jest kryształowy wręcz? Po prawie całych dwóch dekadach, gdzie twórcy starali tworzyć morally challenged protagonists (kapitan Jack Sparrow, Flynn Rider, Zygzak McQueen, Tony Stark, cała ekipa z "Person of Interest")* i chociażby szczątkowo zarysować motywację antagonistów (Barbossa, Matka, Loki, cała ekipa z "Person of Interest") mamy nagle powrót do historii, w której nie ma miejsca na szarość.

Jedną z moich "ulubionych" koncepcji teologicznych jest predestynacja w wydaniu kalwinistów i purytan kolonizujących Nowy Wspaniały Świat. W skrócie chodzi o to, że Bóg przed narodzeniem danego człowieka już zdecydował, czy będzie on zbawiony czy potępiony. Można mniej więcej odkryć to już za życia: w niebie purytan nie ma miejsca dla ludzi brzydkich, leworęcznych, z wadami rozwojowymi i rudych, w wydaniu afrykanerskim również dla tych nie należących do rasy białej.

I ta predestynacja istnieje również w świecie MM:FR, ale podział my/oni przebiega na linii płci. Wszystkie kobiety, które są rozpoznawalnymi bohaterkami w filmie są dobre, piękne i bez widocznych deformacji (wyjątek: Furiosa i jej ręka, której brak jest dosyć wyraźnie wadą rozwojową, co jest dosyć ciekawym zabiegiem pokazującym, że Miller wiedział dokładnie, co czyni), natomiast wszyscy mężczyźni są ofiarami chorób cywilizacyjnych (i znowu wyjątek: Max, no bo #notallmen).

(Możecie mi wypomnieć Nuxa, który też zmienia strony. Go ahead, I dare you.)

Ta wewnętrzna reguła świata jest na tyle mocna, że będąca w ciąży lekko szalona żona jest przekonana, że urodzi chłopca, który będzie z definicji BRZYDKIM WarBoyem. Gdy jedna z Matek z Oazy mówi jej, że może będzie to dziewczynka, to od razu się rozchmurza. Bo z konstrukcji świata wynika fakt, że będzie ona "perfect in every way".

I znowu: symbolika dziecka Angharad, tego chłopca, który rodzi się martwy. Jak opisują go Ekolog i Rictus? "Perfect in every way". Widzicie to czy muszę wyjaśnić? OK, wyjaśniam: ten chłopiec miał być Mesjaszem, mostem łączącym oba światy. Ale ten świat na zbawienie nie zasłużył.

W mojej pracy magisterskiej mocno opierałam się na teorii feminizmu Hélène Cixous, która mocno krytykuje arystotelesowską tabelę przeciwieństw typu: porządek/chaos, język/cisza, obecność/nieobecność, ojciec/matka, aktywność/pasywność, dzień/noc oraz kultura/natura, gdzie pierwsza część każdej pary jest z definicji męska i przez to nadrzędna wobec drugiej. Nie przez przypadek pisałam wcześniej o osadach rządzonych przez mężczyzn jako próbach zachowania cywilizacji. Zwróćcie uwagę na symbolikę związaną z jedną z matek z Oazy: ma ona torbę pełną nasion. Bo kobiety w filmie Millera należą do natury, jako te, które dają życie. No a teraz o ile się założymy, że Furiosa dzieci mieć nie może?


3. Feminizm, czyli We are not things

I tak płynnie doszliśmy do elephant in the room, czyli osławionego feminizmu MM:FR. W poprzedniej notce linkowałam do tekstu Chucka Wendiga, który pozwolę sobie przypomnieć, bo również w tym temacie przynajmniej częściowo się przyda. O ile dobrze rozumiem, chodzi o to, że w MM:FR tytułowy bohater odgrywa rolę pomocniczą dla grupy kobiet, które są głównymi bohaterkami i które w wyniku wydarzeń przedstawionych w filmie zyskują władzę i przestają być własnością mężczyzn.

No tak, w sumie właśnie to się dzieje. Ale.

Oto lista ważnych postaci w filmie, zajumana przeze mnie z wikipedii:


Krótkie podsumowanie pokazuje, że stosunek kobiet do mężczyzn w obsadzie wynosi 11 do 9, co jest rewelacyjnym wynikiem, jeśli chodzi o blockbustery. Właściwie jedynym filmem w tej kategorii, który się do niego zbliża jest inna seria fetyszyzująca pojazdy, czyli "Fast and Furious". W kategorii summer flicks jest już "Pitch Perfect", którego przez długi czas nic nie pokona.

Problemy zaczynają się, gdy przyjrzymy się temu bliżej. Mamy Furiosę, pełnoprawną bohaterkę oraz dwóch bohaterów zbiorowych: Żony i Matki z Oazy. Każda z żon jest zdefiniowana dokładnie przez jedną cechę: liderka, szalona, zadziorna, chcąca wrócić, zakochana i poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale w filmie padają imiona tylko dwóch z nich, Angharad i Cheedo. Ale one i tak zostały lepiej potraktowane niż Matki z Oazy, które w filmie pojawiają się głównie po to, by ktoś po stronie pozytywnych bohaterów mógł zginąć w finałowej walce (oprócz Nuxa, który od początku był na to skazany.) Dwie z nich nie zasłużyły sobie nawet na imię w scenariuszu!

Dla porównania, z wymienionych wyżej mężczyzn mam problem z przypomnieniem sobie tylko, kim był The Doof Warrior. Bo Żony rozpoznaję po kombinacji włosów i cechy wyróżniającej. Matek nie rozpoznaję.

(Mam z Matkami również ten poważny problem, że choć scenariusz stara się nam je pokazać jako te dobre, to nie umiem zapomnieć, że de facto były one mitologicznymi syrenami, które wabiły wędrowców na pustkowia, po czym ich zabijały, rabując ich wodę i benzynę. Mam tylko nadzieję, że szlak na solną pustynię był często uczęszczany...)

Chodzi mi o to, że grupa kobiet z nawet bardzo silną postacią kobiecą na czele, które na końcu z pozycji ofiary lądują na szczycie piramidy nie jest defaultowo filmem feministycznym. MM:FR jest filmem feministycznym, owszem, ale jest to feminizm Cixous, oparty na wrogim dualizmie - a przypominam, że "The Laugh of the Medusa" pochodzi z roku 1975. Od tego czasu trochę się świat zmienił. Tylko nie dla George'a Millera. I to jest mój główny problem z "Mad Maxem".


4. Co mi się podobało, What a lovely day!

No dobrze, koniec z marudzeniem. Film mi się nie spodobał jako manifest, nie potrafiłam w trakcie seansu wyłączyć myślenia, ale to nie znaczy, że nie było elementów, które mi się podobały.

Po pierwsze więc, strasznie podobał mi się Tom Hardy i jego interpretacja Mad Maxa, czyli PTSD Max (termin bezczelnie ukradłam Ysabell), zagrany głównie oczyma. Cudo.

Podobał mi się Immortan Joe w warstwie wizualnej, jako ktoś, kto urwał się z filmu klasy B. ("Khaaaan!")


Rewelacyjna była choreograficznie walka pomiędzy Furiosą, Maxem i Nuxem zaraz po burzy.

Burza! O rany, burza była cudowna, "Mumia" właśnie została zdetronizowana.

WarBoys i ich klanowe znaki typu barwnik spożywczy Wiltona jako chrom. Oraz ta oczywista metafora brunatnych koszul, mimo że biegali bez koszul.

Facet z gitarą. Nie rozumiem tego, ale był moją ulubioną postacią w filmie.

Edycja. Jeśli Margaret Sixel nie dostanie za nią mnóstwa nagród, to będę bardzo zła.

Aluzje wizualne do obrazów surrealistów.

Fakt, że scenariusz nie przejmował się zwyczajową ekspozycją bohaterów.

(A ponieważ jestem miła, to nie zapytam o sens mleka matek, o to, jak matki zrobiły przewrót w Cytadeli pod nieobecność Joego, co się stało z Ekologiem i panią Giddy, jak Furiosa obroni Cytadelę przed atakiem z Gas Town i Bullet Farm, czy faktycznie Miller sugeruje powstanie socjalistycznej komuny w Cytadeli na końcu filmu.)

*Wszyscy made by: Disney, Marvel Studios, Nolan.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.