Krótka historia krótkich historii animowanych

by 16.12.12 7 komentarze

Obejrzałam podczas ostatniej choroby nabyte jakiś czas temu drogą kupna krótkometrażówki studia Pixar. Posiadam wersję DVD z 2007, zawierającą następujące filmiki: 
  • The Adventures of André and Wally B. (1984) 
  • Luxo Jr. (1986) 
  • Red's Dream (1987) 
  • Tin Toy (1988) 
  • Knick Knack (1989) 
  • Geri's Game (1997) 
  • For the Birds (2000) 
  • Mike's New Car (2002) 
  • Boundin' (2003) 
  • Jack-Jack Attack (2005) 
  • One Man Band (2005) 
  • Mater and the Ghostlight (2006) 
  • Lifted (2006) 
Podobno jako easter eggi ukryte są jeszcze trzy dodatkowe animacje, ale poszukam ich przy ponownej okazji oglądania całości z komentarzem. Bo tak naprawdę nie chodzi mi o filmiki - widziałam większość z nich, oprócz tych najstarszych, niektóre ("Boundin'", "Knick Knack" czy "One Man Band") bardzo, bardzo lubię, inne trochę mniej, ale do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele współczesne, komputerowe animowane filmy pełnometrażowe zawdzięczają Pixarowi. Uświadomił mi to dopiero 23-minutowy dokument o historii studia. Dla niego samego warto kupić tę płytę. Zmontowany jako wywiady z Johnem Lasseterem, Ebenem Ostbym, Edem Catmullem i innymi twórcami z Pixara pokazuje wyraźnie, ile zasług leży po stronie tych skromnych ludzi, którzy zaczynali jako biedny, gnieżdżący się na korytarzach i potem w ciasnych salkach wydział firmy komputerowej. Gdyby nie wsparcie finansowe Steve'a Jobsa, pewnie szybko porzuciliby pisanie programów graficznych i zajęli się czymś przynoszącym większe zyski.

Stare logo.
A było to tak: Pixar (wtedy jeszcze The Graphic Groups), podspółka Lucasfilm, zajmowała się na początku wieloma rzeczami: tworzeniem efektów specjalnych do filmów spółki-matki, pisaniem programów komputerowych, a nawet produkcją komputerów, i w ramach reklamy tworzyła krótkie (kilkuminutowe) filmy animowane, by pokazać stworzone przez siebie narzędzia w praktyce. Budżet nie był zbyt wysoki i właściwie było to hobby bardziej niż główna linia biznesowa firmy. Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku zatrudniono animatora/reżysera Johna Lassetera, świeżo wyrzuconego z Disneya (to jest, tak na marginesie, świetna trampolina do kariery, bycie wykopanym z Disneya, spójrzcie tylko na Tima Burtona) i to był pierwszy moment przełomowy dla Pixara. Otóż Lasseter nie znał się na grafice komputerowej ani trochę (wtedy mało kto się na niej znał), ale wiedział, że filmy muszą wywoływać emocje. Pierwszy wyreżyserowany przez niego film, "The Adventures of André and Wally B.", to tak naprawdę dwie minuty pokazywania lasu w 3D oraz chwalenie się tym, że bryły, z których składają się bohaterowie filmiku, są ruchome i mogą się np. rozciągać i zginać. Film odniósł niesamowity sukces na konferencji grafików komputerowych SIGGRAPH w 1984; w tej chwili trudno go oglądać bez poczucia żenady, ale wtedy było to przełomowe dzieło. Kując żelazo póki gorące, dwa lata później Pixar pokazuje "Luxo Jr.", film o małej skaczącej lampce (która potem trafi do ikonicznego logo studia - większość graczy na rynku w tym okresie popisywała się animowanymi logami na początku swoich animacji, Pixar był pod tym względem bardzo statycznym wyjątkiem). Uczestnicy SIGGRAPHU w 1986 urządzili owację na stojąco po zakończonym seansie, ale bynajmniej nie dlatego, że docenili świetnie renderowane cienie i drewnianą podłogę - chodziło o emocje przekazywane przez lampkę i jej rodzica. "Luxo Jr." zdobył nawet nominację do Oscara, a do historii przeszła również piłeczka  z gwiazdką.

Lasseter przesunął granicę dalej w "Red's Dream", nastrojowej, smutnej w gruncie rzeczy opowiastce o jednokołowym rowerku marzącym o cyrkowej karierze. Na potrzeby filmu napisano piękny, jazzowy utwór, ale podobno na SIGGRAPHie w Anaheim w 1987 roku nikt go nie usłyszał, bo widownia momentalnie zaczęła omawiać efekt padającego na asfalt deszczu, zagłuszając tym samym ścieżkę dźwiękową. W czterominutowym filmiku upchnięto również całkiem sporo smaczków: nazwę sklepiku z rowerami, ikoniczną lampkę czy postać Andre z pierwszej animacji Pixara. Widać, że tworzenie filmów sprawiało pracownikom sporo radości, mimo iż czasami spali oni w biurze, by dokończyć film na czas. Potrafili też nawzajem motywować się do postępu: Lasseter nie miał pojęcia o ograniczeniach związanych z animacją komputerową, więc często prosił w swoich scenariuszach o rzeczy, które wtedy nie było możliwe. Jego koledzy mówili wtedy "Pomyślę o tym" i odchodzili, a po tygodniu lub dwóch wracali z gotowymi algorytmami.

Steve Jobs w solarium.
Prawdziwym przełomem był jednak "Tin Toy" z 1988. Gdy dziś patrzymy na animowane niemowlę, trudno dopatrzyć się w nim jakichś pozytywnych cech, ale 25 lat temu był to szczyt możliwości grafików komputerowych - w dodatku dziecko miało mimikę! Tak naprawdę nie doszłoby do powstania filmiku, gdyby nie Steve Jobs, który odkupił Pixara od George'a Lucasa i pakował w niego kasę, mimo iż firma zysków nie przynosiła, a wręcz przeciwnie. Film znowu dostał owację na stojąco od inżynierów na SIGGRAPHie, ale docenili go również filmowcy, przyznając mu Oscara - pierwszego w historii dla animacji komputerowej. Planowany sequel "Tin Toy" rozrósł się do sporych rozmiarów, stając się w końcu "Toy Story" (1995), a część zabawek ukrywających się pod kanapą pojawiła się w ostatniej części trylogii.

Z rozpędu w 1989 powstał jeszcze "Knick Knack", śmieszna historyjka o bałwanku z kuli śnieżnej i warto zobaczyć poświęcony mu fragment filmu dokumentalnego, bo świetnie pokazuje, jak wygląda etyka pracy w Pixarze. Każdy głos jest tak samo ważny, każdy pomysł jest brany pod uwagę, wszyscy pracują razem, bardziej dla chwały niż dla finansowych gratyfikacji (choć i te w końcu przyszły w postaci zysków z tworzenia reklam oraz segmentów "Ulicy Sezamkowej"). Co ciekawe, ten system sprawdza się w działaniu: większość ludzi z grupy założycielskiej Pixara nadal pracuje w studiu. A nowi pracownicy? Oni też mogą się wykazać, właśnie przy tworzeniu krótkometrażowych animacji. Co prawda prace nad "Toy Story" pochłonęły tyle czasu i wysiłku, że kolejny short powstał dopiero w 1997 roku. Było to nagrodzone Oscarem "Geri's Game", które jest przełomowe jako pierwszy film Pixara mający ludzkiego głównego bohatera. Oczywiście studio stworzyło go głównie po to, by popisać się animowaniem min i tkanin, ale kto by im to wypominał (na pewno nie ja). Lasseter nie kiwnął przy tym filmie nawet palcem, dając rozwinąć skrzydła nowemu narybkowi (podobnie było przy moim ukochanym "Boundin'" i "For the Birds", gdzie wziął na siebie rolę producenta wykonawczego).

Ikoniczna piłeczka.
W 2002 w krótkometrażowych animacjach tworzonych pojawił się nowy nurt, który właściwie był już zwiastowany przez bloopery w "Toy Story" (które są, IMHO, najlepszą częścią filmu): filmiki o bohaterach filmów pełnometrażowych. Zapoczątkowany został przez "Mike's New Car", z potworami z "Monsters Inc." - na mojej płycie są jeszcze dwa inne przykłady, jeden związany z "Iniemamocnymi", drugi z "Autami", potem powstały następne, zawarte na kolejnym DVD z filmami krótkometrażowymi, które zostało wydane w listopadzie 2012 roku. Nie widziałam jeszcze co prawda nigdzie polskiego wydania Vol.2, a ostrzę sobie na nie zęby, bo jako dodatkowy materiał zawarto na nich studenckie etiudy m.in. Johna Lassetera (owszem, wyrobiłam sobie na jego punkcie ostatnio sporą obsesję i nawet nie podejrzewacie, jakie ma ona rozmiary...).

W 2005 Pixar wrócił do chlubnej tradycji krótkometrażówek bezdialogowych fantastycznym "One Man Band". Serio, jest to jeden z moich ulubionych filmów i uważam, że nie ma w nim ani jednego słabego ujęcia - poza tym jest to animacja komputerowa, która momentami stara się udawać tradycyjną animację. Historia zatoczyła pełne koło, tak przy okazji, bo rok później Disney kupił Pixara, a wywalony lata wcześniej Lasseter w ramach fuzji objął wysokie kierownicze stanowisko i właściwie to on decyduje, jakie filmy pełnometrażowe filmy animowane w przyszłości pojawią się na kinowych ekranach (ze znanych planów Pixara: "Samoloty", czyli odpryskowa historia osadzona w świecie znanym z "Aut", sequele do "Monsters Inc." i "Finding Nemo" oraz coś o Dia de Los Muertos, czego nie mogę się już doczekać, a z planowanych tytułów Disneya warto czekać na "Frozen" - mimo iż tytuł doczekał się już złośliwych, graficznych komentarzy ze strony internautów - ale Idina Menzel podkłada głos!)

Na płycie znajduje się jeszcze "Lifted", zabawna historyjka SF, wyreżyserowana przez Gary'ego Rydstroma. Historia związana z tą animacją jest o tyle ciekawa, że Rydstrom zajmuje się głównie efektami dźwiękowymi w filmach i to na tyle dobrze, że zdobył do tej pory 7 Oscarów (nominowany był 16 razy), ale od czasu "Lifted" para się również reżyserią, wykazując się przy tym bardzo dobrym wyczuciem komediowym; przygotowuje również angielskie wersje filmów studia Ghibli, których dystrybutorem na zgniłym Zachodzie jest Disney (Lasseter przyjaźni się Miyazakim, chociaż pewnie na tyle, na ile ktokolwiek jest się w stanie przyjaźnić z tym apodyktycznym perfekcjonistą, dlatego w "Toy Story" pojawia się Totoro).

Jeśli więc jesteście fanami animacji, "Pixar: kolekcja krótkometrażówek" to właściwie pozycja obowiązkowa (zwłaszcza, gdy znajdzie się ją gdzieś w promocyjnej cenie). Jak już wspomniałam, warto kupić tę płytę głównie ze względu na zwięzłą historię animacji komputerowej, ale na pewno nikt przy oglądaniu nie będzie się nudził.

P.S. Plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone, po prostu chciwie nie przepuszczam żadnemu zarazkowi.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.