Coś się kończy, a ja tego nie lubię (pierwszy raz jest najważniejszy)

by 2.4.13 32 komentarze
Mam ci ja, jak pewnie każdy człowiek, swoje malutkie "quirksy" (mam też duże "issues", ale dzisiaj, a najlepiej wcale, o nich nie rozmawiamy), np. strasznie mnie irytuje, gdy dyskusje, które powinny toczyć się na blogu, przetaczają się przez FB, mimo iż zdroworozsądkowo wiem, że social media są ważnym narzędziem promowania bloga - dlatego tak mnie cieszy możliwość podpięcia systemu komentarzy z FB pod bloga na niektórych platformach blogowych i żałuję, że więcej osób z niej nie korzysta (to jest wygodne!)

Innym moim "quirksem" jest coś, co wyszło na jaw w zeszłym tygodniu na tumblrze. Otóż zaczęłam czytać "Rivers of London" Bena Aaronovitcha, książkę, którą prawie trzy lata temu poleciła mi znajoma z Australii; owa znajoma ma bardzo wysoki współczynnik kompatybilności gustu czytelniczego ze mną, jeśli mi się coś spodoba, jej prawdopodobnie też i vice versa, więc mamy tendencję do polecania sobie nawzajem rzeczy, które nas zachwyciły (Matthew Swift, Aaronovitch - dostaną niedługo własną notkę, obiecuję - czy Flora Segunda), ale niekoniecznie do ich natychmiastowego czytania. Te odwlekanie w czasie jest właśnie owym "quirksem", który pomogła mi doprecyzować Fabulitas, zostawiając suche, złośliwe komentarze pod moimi wpisami (ale nie marudzę: i ona, i Carrie postanowiły zacząć w najbliższym czasie czytać "Rivers of London", Beryl już czyta, więc przynajmniej zalążki polskiego fandomu są  - my work here is done :D)

No bo proszę: czytam książkę, podoba mi się ona na tyle, że co chwilę przerywam lekturę i albo umieszczam cytat na sieci, albo wysyłam smsa do Beryl (dzięki za cierpliwość, mniejsze dzięki za rewanż), aż nagle przestaję ją czytać, bo wiem, że nie mam drugiego (ani trzeciego!) tomu i raczej w najbliższym czasie mieć nie będę (na szczęście zaraz potem się okazało, że jednak będę mieć, już chyba przyszedł,  jest geograficznie mniej więcej w tym samym miejscu co ja i może już dziś wieczorem będę mogła go zacząć czytać!)

Inny przykład: z wszystkich discworldowych cykli powieściowych najbardziej lubię ten o Tiffany Obolałej; jest on stworzony jakby pode mnie, trochę na obrzeżu cyklu o wiedźmach, z młodocianą bohaterką (wpis o małych dziewczynkach, pamiętam, też w końcu powstanie), świadomą zasad rządzących światem, plus są Nac Mac Feeglowie (zdałam sobie ostatnio sprawę, z faktu, że serwis klopsztanga, czyli taki kwejk po śląsku, śmieszy mnie głównie dlatego, że kojarzy mi się podświadomie z Nac Mac Feeglami), ale tomu czwartego, czyli "W północ się odzieję", nie przeczytałam aż do tego roku. Dlaczego? Bo mam świadomość, że to jest zamknięty cykl, więcej książek o Tiffany już nie będzie i jak przeczytam ten czwarty tom, to już nigdy nie będę go mogła przeczytać po raz pierwszy.

Dalej: posiadam wszystkie powieści Diany Wynne Jones (i kolejny pomysł na notkę), ale przeczytałam ich mniej więcej połowę. DWJ nie żyje, nie napisze już więcej książek, więc ja je sobie dawkuję, by mi ich nie zabrakło. Powiecie, że mogłam bym je czytać ponownie (i tak robię, z cyklem o Chrestomancim), ale to nie zmienia postaci rzeczy: każdą z tych książek tylko raz mogę przeczytać po raz pierwszy, potem mogę już tylko do nich wracać - i choć jest to przyjemnie, nie powoduje już takiej maniakalnej euforii jak pierwszy raz.

Fabulitas zdziwiło też, że mimo mojego zachwytu serialem "The Good Wife" (sooo good) kończę dopiero oglądanie drugiego sezonu. I znowu: nie chcę oglądać zbyt wielu odcinków na raz, bo wtedy nie będę ich dostatecznie doceniać, tych wszystkich subtelnych zachowań, powerplayów pomiędzy postaciami, sieci powiązań i zależności, prób podejścia przeciwników, sędziów, manipulowania innymi. Temu serialowi należy się powolne oglądanie.

Podobno zachowywałam się tak od dziecka: nie zjadałam otrzymanych słodyczy, tylko chomikowałam je i dawkowałam sobie przyjemność przez dłuższy czas; przełożenie tego na odbiór kultury jest po prostu naturalnym przełożeniem mojej osobowości na zainteresowania. Nie macie pojęcia, jak bardzo nagimnastykowałam się przy pisaniu pracy magisterskiej, by nie musieć przeczytać wszystkich książek Angeli Carter. :D W jednym przypadku oparłam całą tezę o pierwszą stronę powieści, such fun.

Dziwne? Może, ale to po prostu "quirk". Jestem pewna, że każdy jakieś ma, choć może nie do końca zdaje sobie z nich sprawę. Ja swój znam i akceptuję i właściwie nawet się z niego cieszę, choć czasami sama się na siebie wkurzam, bo nie mogę o pewnych rzeczach dyskutować na bieżąco. Dlatego np. "Doctora Who" oglądam najszybciej jak się da; plus dochodzi tu jeszcze jeden czynnik, czyli spoilerujące gify na tumblrze - a ja za spoilerami nie przepadam, choć też nie staram się ich bardzo unikać.

A wy macie jakieś dziwaczne zachowania, jeśli chodzi o odbiór kultury? Chętnie o nich poczytam.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.