Wehikuł czasu w centrum Londynu, czyli "The Tempest"

by 5.7.13 11 komentarze
Tytułem wstępu

Moja praca licencjacka była poświęcona nawiązaniom szekspirowskim u Pratchetta; był to wynik kompromisu pomiędzy promotorem a mną, on był w trakcie pisania habilitacji z "Burzy", ja koniecznie chciałam pisać o fantastyce. Dzięki temu znam "Burzę" najlepiej ze wszystkich sztuk - była to oś, wokół której koncentrowały się wszystkie nasze lektury na ostatnim roku, wszystkie w mniejszym lub większym stopniu poświęcone post-kolonializmowi i przez długi czas wydawało mi się, że jest to jedyna słuszna perspektywa do analizy (nie tylko "Burzy", ale np. "Czasu Kalibana" Tada Williamsa). Wtedy też pojawiło się marzenie, by doświadczyć na własnej skórze elżbietańskiego teatru, ale jakoś w trakcie poprzednich wizyt w Londynie nigdy nie dotarłam do The Globe i nie wypożyczyłam poduszki za pensa. Trzeba było dopiero Rogera Allama, bym się zdecydowała na zakup biletu.

Prospero jako oś fabuły

Tekst czytany i film z Helen Mirren zdają się sugerować, że kluczem do "Burzy" jest postać Prospera, maga-władcy, podstępem (i niesłusznie) pozbawionego swojego królestwa. Co jednak, jeśli utracił tron przez własne niedopatrzenie, co jeśli nie dbał o poddanych, tylko spędzał całe dnie pogrążony w książkach? A może dopiero pobyt na wyspie nauczył go odpowiedzialności związanej z rządzeniem? Tak w każdym bądź razie interpretuje postać Prospera Allam. Oczekiwałam przed spektaklem, że jako doświadczony, charyzmatyczny aktor zdominuje scenę, ale on raczej pociągał za sznurki z cienia, skupiając się na relacji z Mirandą (jako ojciec nastoletniej córki Prospero staje się niesamowicie komiczną postacią), z Arielem (tu brak trochę brak chemii), z Calibanem. Punktem zwrotnym jest wybaczenie bratu pod wpływem współczucia nie tylko Mirandy, ale przede wszystkim nieludzkiego Ariela:

ARIEL
      Confined together

In the same fashion as you gave in charge,

Just as you left them, all prisoners, sir,

In the line grove which weather-fends your cell.

They cannot budge till your release. The king,

His brother, and yours, abide all three distracted,

And the remainder mourning over them,

Brimful of sorrow and dismay. But chiefly

Him that you termed, sir, “the good old Lord Gonzalo,”

His tears run down his beard like winter’s drops

From eaves of reeds. Your charm so strongly works 'em

That if you now beheld them, your affections

Would become tender.

PROSPERO
    Dost thou think so, spirit?

ARIEL
Mine would, sir, were I human.

I chociażby dla tej sceny warto było te trzy godziny stać.

Post-kolonializm a język

Prospero usunął się w cień, ale to pozwoliło innym postaciom ukraść trochę światła reflektorów (nie żeby były jakieś reflektory, to teatr elżbietański, nawet efekty dźwiękowe były prokurowane tradycyjnymi metodami). Trinculo (Trevor Fox), żeby jeszcze utrudnić zrozumienie szekspirowskiego tekstu, mówił z bardzo silnym akcentem z Newcastle. Fantastyczny był James Garnon jako Caliban-niewolnik, który ruszał się nie do końca w ludzki sposób, ale jednocześnie potrafił prostymi gestami pokazać uczucie wobec Mirandy. Najpiękniejsze jednak było to, co robił z głosem, prawie naśladując dźwięki wydawane przez zwierzęta. Łatwo było go znienawidzić, ale też wywoływał współczucie. Na jego ciemnym tle prawie jak anioł jawił się Ariel, właściwie też niewolnik, ale innego rodzaju.

Colin Morgan ukradł spektakl

Wspominałam, że poszłam na spektakl głównie dla Allama, ale nie spodziewałam się, że wyjdę podziwiając innego, zdecydowanie młodszego i mniej doświadczonego aktora. W rolę Ariela wcielali się już Ben Whishaw czy Aidan Gillen (na trapezie, podobno był cudowny) i powiem szczerze, że nie czułam zaciekawienia, gdy tumblr oszalał na wieść o tym, że znany z "Merlina" Colin Morgan będzie występował na deskach The Globe. Z teatru zaś wyszłam w połowie zakochana. Rzadko zdarza się, że młody aktor tak intynktownie "czuje" scenę. Obok Calibana była to najbardziej fizycznie wymagająca rola spektaklu, ale Morgan mógłby występować w Cirque du Soleil, sądząc po akrobacjach, jakie wykonywał. O wiele bardziej imponujące było jednak to, jak zbudował rolę. Jego Ariel był wyraźnie neurotyczny, często mrugał, jąkał się, a jego kwestia "Do you love me, master? No?" - to był najmocniejszy punkt spektaklu, moment zachwytu teatrem, który powoduje ucisk w klatce piersiowej.

Ponieważ Ariel skacze po scenie i po galeriach, miałam okazję przez dłuższą chwilę znaleźć się bardzo blisko Morgana i bardzo zaimponowało mi jego skupienie i bijąca od niego ukryta siła, charyzma. Jest to aktor, którego warto obserwować.

Jeśli nie masz charyzmy scenicznej, The Globe cię zje

Nie widziałam żadnej innej sztuki na deskach The Globe (pewnie się to zmieni), ale wygląda na to, że jest to bardzo wymagający teatr. Nie ma reflektorów zwracających uwagę widza, brak mikrofonów (jednak było słychać kwestie wypowiadane nawet z najwyższej galerii), gra jak w czasach elżbietańskich. W całym spektaklu nie było jednak osoby, która by poległa; co bardziej doświadczeni teatralnie "rozbitkowie" w cudowny sposób nawiązywali kontakt wzrokowy z publicznością, co jeszcze dodawało całości uroku. Strasznie podobał mi się sposób, w jaki zrealizowano trudną przecież scenę z Arielem jako harpią. Fantastyczne były kostiumy, niepokoiła renesansowa muzyka (nawet fałszujący Ariel). Mam wrażenie, że nad całością unosił się duch barda z Avonu.

Ogromnie żałuję, że "The Tempest" w The Globe było dla mnie jednorazowym doświadczeniem. Za cenę 5 funtów otrzymałam niezwykły dar teatru, jak zwykle cierpiąc z powodu jego ulotności.


(Wpis jest ilustrowany tendencyjnie. I REGRET NOTHING.)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.