Szaleństwo króla Thorina, czyli "Pustkowie Smauga"

by 20.12.13 24 komentarze
Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy i 12 grudnia wyruszyliśmy na południe, do Shire (znaczy do Czech, ale ja ciągle mam w głowie stareńki już felieton Jarosława Grzędowicza), by zobaczyć drugą część "Hobbita" w ostrawskim kinie. Nie pierwszy raz stosujemy tę metodę, od czasu do czasu polscy dystrybutorzy starają się zaoszczędzić trochę pieniędzy i nie wprowadzać premier do kin od razu, co w czasach internetu jest strzelaniem sobie w stopę. Tym razem grupa była tylko sześcioosobowa (ale znane są przypadki, gdy sekcja tolkienowska musiała wynajmować autokar, by zawieźć za granicę wszystkich chętnych na seans).


Nie wszystkim podobało się tak bardzo jak mnie, ale też powinnam wyjaśnić, że nigdy wielką fanką "Władcy pierścieni" nie byłam. Doceniałam epickość, rozmach, odzwierciedlenie artystycznych wizji Howe'a i Lee na taśmie filmowej, ale żeby oglądać w kółko? Co to, to nie. Porwał mnie dopiero "Hobbit". W postaci Bilba w wykonaniu Martina Freemana odnalazłam wiele z siebie (z tą różnicą, że ja bym na żadną wyprawę nie poszła), Richard Armitage jako Thorin wreszcie mi pokazał, o co chodziło z całym tym uwielbieniem dla Aragorna, a Śródziemie... No cóż, mogłabym się tam jutro przeprowadzić. Marzę o tych wszystkich albumach omawiających kostiumy, scenografię czy techniki kręcenia filmu, oglądam dodatki na rozszerzonej edycji DVD i wywiady promujące "Pustkowie Smauga".

Są ludzie (do niedawna zaliczałam się do ich grona również ja), którzy narzekają na to, że z niewielkiej objętościowo książki dla dzieci Peter Jackson zdecydował się nakręcić trzy filmy, podobnie jak z ogromnego LotRa, widząc w tym skok na kasę; ja osobiście widzę fana, który chce dać innym fanom szansę powrotu do świata, który pokochali. Jeśli kiedyś zdecyduje się nakręcić "Silmarillion", też grzecznie do kina pójdę. :D

Moje teściowa-tolkienistka ma na ten temat jeszcze inną opinię. Uważa, zresztą bardzo słusznie, że "Hobbit", w przeciwieństwie do "Władcy pierścieni", jest ekranizacją (de facto adaptacją), która jest zdecydowanie lepsza od książki. Nie żeby książka była zła, ale zdecydowanie skierowana do młodszych czytelników, natomiast Jackson i Del Toro, opierając się na materiale źródłowym, zdołali stworzyć (mam nadzieję), że trzy równie dobre filmy, które nie tylko ekstrapolują historię uproszczoną do takiej, która faktycznie mogła się wydarzyć, ale w dodatku czynią to w zgodzie ze stylistyką pierwszej trylogii. Trzeba przyznać, że nie jest to łatwa sprawa (Star Wars, anyone?), a panowie wychodzą z tej sytuacji obronną ręką.

Pewnie, materiału źródłowego widzimy na ekranie może z 50%, ale nie jest to zła rzecz. Dzięki temu widz lepiej rozumie motywacje postaci, a fani dostają niespodzianki. Weźmy na ten przykład Legolasa, który w trylogii jest jednym z milszych bohaterów; w "Pustkowiu Smauga" jest jeszcze elfim nazi-bucem, Jackson dopiero kładzie podwaliny pod jego postać, wprowadzając elfkę Tauriel, której w książce nie uświadczysz. Evangeline Lilly, która ją gra, rozsądnie w którymś wywiadzie stwierdziła, że w XXI wieku w filmie nie może nie być postaci kobiecej i ja właściwie się z nią zgadzam. Trochę irytował mnie wprowadzony na siłę wątek romansowy, ale i on (optymistycznie zakładam) będzie miał szansę faktycznie rozbłysnąć (i nabrać sensu) w trzeciej części - w każdym bądź razie im więcej czasu od seansu mija, tym bardziej podoba mi się, w jak subtelny sposób jest on poprowadzony.

Strasznie bałam się też o Luke'a Evansa w roli Barda, bo to aktor bardzo nierówny, ale niesłusznie. Bard jest cudowny i wspaniały, w dodatku wiarygodny jako postać i tak pięknie skomplikowany. Nie wiem co prawda, na ile na mój obraz postaci wpłynęło to, jak bardzo podoba mi się wszystko, co jest częścią Miasta na Jeziorze... Co tam Hobbiton, to jest miejsce w Środziemiu, które zachwyca, nawet jeśli rządzi w nim Stephen Fry (który, powiedzmy sobie szczerze, jest trochę slapstickową wersją Denethora, zwłaszcza, gdy przyjrzeć się jego przydupasowi), zwłaszcza późną jesienią (Dzień Durina za pasem, ho ho ho!) Choćby dla tego warto pójść do kina. Mroczna Puszcza się po prostu nie umywa (Erebor za to ma szanse, nie tylko ze względu na jedynego aktualnie mieszkańca...)

Co jeszcze bardzo, bardzo mi się podobało? Otóż w oryginalnej twórczości Tolkiena bardzo wyraźny był dualizm dobro/zło i motyw predestynacji - bo to klasyka fantasy jest. Orki zawsze będą złe, elfy zawsze będą dobre, ludzie będą gdzieś pomiędzy, podatni na wpływy, krasnoludy zawsze chciwe, hobbity zawsze łakome, łapiecie schemat, prawda? A tu niespodziewanie dostajemy elfy z Mrocznej Puszczy, z Thranduilem na czele i one nie są miłe, ani troszeczkę. Albo Gandalf, który coraz mniej cierpliwości ma do grupy krasnoludów, którą prowadzi do Samotnej Góry. Albo Thorin, który im bliżej złota się znajduje, tym bardziej ujawnia się, zwłaszcza w jego postawie wobec innych, jego rodzinne szaleństwo. Że nie wspomnę o Bilbie, który faktycznie jest złodziejem, a na dodatek kłamcą i obawiam się, że nie można tego zachowania podciągnąć pod zły wpływ Jedynego Pierścienia. Im dalej w las (so to speak), tym wszyscy stają się dla siebie coraz wredni i nieprzyjemni. Jak dla mnie super.

Przyznam szczerze, że nie ma pojęcia, co sie w mnie "przestawiło" od zeszłego roku, z pierwszej części wyszłam mniej niż zachwycona. Może jest to kwestia tego, że do epickich lokacji zamiast niekończącej się gonitwy dopisano wreszcie cudnie zróżnicowane postaci. Może to kwestia tego, że wobec środkowych części trylogii zawsze obniża się oczekiwania. A może to widok Esgaroth albo wciągnęłam się w fandom i jego entuzjazm trochę bardziej niż ostatnio? Na pewno do kina pójdę jeszcze nie raz, a potem kupię rozszerzoną wersję filmu  na DVD. Bo Śródziemia nie mam ochoty opuszczać.

P.S. Bonusowy gif :D

P.S. A tak w ogóle to w połowie filmu w ostrawskim kinie przerwano seans i można było wyjść przypudrować nosek albo puścić dymka. Jak na bollywoodzkich filmach, a to przecież nie jest strasznie długi film. I się nacięliśmy na jednej jeszcze rzeczy, tzn. jak orki lub elfy mówiły w swoich językach, to mieliśmy do wyboru albo ich słuchać, albo czytać napisy po czesku. Such fun.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.