Da faq is this trainwreck, czyli nie pytaj o ciąg dalszy, bo będzie ci dany

by 17.8.14 12 komentarze
Rany, jaki ja zły musical wczoraj widziałam! I nawet nie mogę mieć do nikogo o to pretensji, bo wszystkie recenzje do jego bycia złym się jak jeden mąż zgadzały, więc właściwie wiedziałam, czego się spodziewać. Znalazłam go jednak na YT w bardzo dobrej jakości, w całości (na marginesie szybko rozwijającej się obsesji na punkcie Ramina Karimloo), miałam czas, moja ciekawość była pobudzona, więc stwierdziłam "A co mi szkodzi..."


I wiecie co? Fantastycznie się bawiłam i zyskałam nowe guilty pleasure!


Chociaż spora w tym zasługa Ninedin i Nibi. W towarzystwie wszystko lepiej smakuje.

Zacznijmy od tego, że o "Love Never Dies" oczywiście słyszałam. D... bym była, a nie fanką musicali, gdybym nie słyszała. Ale problemy i bardzo złe recenzje (nie tylko prasowe, ale i znajomych) sprawiły, że go olałam aż do momentu, gdy Edyta Krzemień i Damian Aleksander nie zaśpiewali na pewnym koncercie "Till I Hear You Sing" (on) i "Love Never Dies" (ona); wtedy dotarło do mnie, że może ten musical nadaje się przynajmniej do słuchania.

Kostiumy!
Powiedzmy sobie bowiem otwarcie, Andrew Lloyd Webber poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Chyba, że organizuje reality show, by znaleźć odpowiednią aktorkę, ale na to spuszczamy zasłonę milczenia...

W każdym bądź razie, droga "Love Never Dies" od konceptu na scenę była długa i wyboista. Dość powiedzieć, że trwała kilkanaście lat, zmieniał się tytuł, autorzy fabuły, kociak kasował całość muzyki, można by pomyśleć, że nad całością wisiała klątwa Upiora. "Phantom of the Opera" jest musicalem kultowym i rozpoznawalnym przez nawet laików i właściwie nawet niezobowiązujące rozmowy o kontynuacji wyglądały na bluźnierstwo; właściwie nie wiadomo było, co w kontynuacji miałoby się znaleźć. Losy bohaterów były domknięte.

I tu wkracza do akcji idea fanfików. "Love Never Dies" to po prostu jeden wielki fanfik do "Upiora w operze". Nie tak dobry, jak "Girls Next Door", ale za to w wersji musicalowej, co w moim świecie jest zaletą. I zanim zaczniecie mi wypominać, że sam autor nie może zrobić fanfika do własnej twórczości, obejrzyjcie "Love Never Dies". Albo przeczytajcie serię o "Lordzie Johnie" Diany Gabaldon (err, może lepiej nie, lepiej przeczytajcie "Sezon burz" Sapkowskiego). Da się? Pewnie, że się da.

No więc właśnie takim fanfikiem do "Upiora w operze" jest "Love Never Dies". ALW uznał, że jeszcze sporo z tych postaci da się wycisnąć (zwłaszcza pieniędzy z widzów za ich pomocą...), a poza tym może tym razem pairing Christine/Eric miałby więcej sensu (jestem od lat dziecięcych fanką "Labiryntu" z Davidem Bowie, uwielbiam trop ze starszym, zdecydowanie nie altruistycznym mentorem i młodą, emancypującą się w trakcie opowieści podopieczną, ale trójkąt Christine/Eric/Raoul jest już dziwny w oryginalnym musicalu, głównie przez to, że małżeństwo z dziecięcym przyjacielem, by uciec od problemów nigdy nie jest dobrym pomysłem na życie, ale "LND" robi z tym takie rzeczy, że mózg staje w poprzek), plus przydałoby się coś zrobić z paniami Giry, a motyw cyrku wydaje się być mało ograny (hint: to jest bardzo ograny motyw).

Jak Julie Andrews.
Dość powiedzieć, że jedyną postacią, która w jakimś stopniu przypomina swój pierwowzór z "Upiora" jest madame Giry. Cała reszta ma tylko odpowiednie nazwiska. Christine przez 10 lat okłamywała męża, mąż przekonany, że nie zasługuje na dzielenie życia z kimś tak utalentowanym jak panna Daaé, przepił rodzinny majątek, Eric uznaje, że chce się ustatkować i stworzyć dom swojemu synowi. A Meg Giry okazuje się być zakochana w aniele muzyki... Jeden facepalm nie wystarcza, by oddać moją reakcję na to, jak bardzo out of character są wszystkie postaci. Chyba coś jest w wodzie na Coney Island, bo wszyscy zbiorowo cierpią na amnezję. Eric nie pamięta spłodzenia syna (jak to ujęła Ninedin: "pamiętam z POTO coś o tym, że "the fate which condemns me to wallow in blood has also denied me the joys of the flesh", czy jak tam to leciało, ale ewidentnie Phantom łgał jak z nut"), Christine nie pamięta, że Eric jest mordercą, Raoul nie pamięta, że przysięgał zabić Erica, a wszyscy się łudzą, że Eric niczego nie knuje... Raoul okazuje się być rozmemłaną lelują i wykorzystuje zakład, by się wypisać z małżeństwa i jeszcze pewnie przy tym myśli, że postępuje honorowo.

W dodatku końcówka jest tak naciągana, że aż głowa boli. O ile dobrze zrozumiałam, na końcu Gustave, syn Christine i Erica, wychowywany przez Christine i Raoula, ma dwóch ojców, a ani jednej matki... (IMHO fabuła byłaby lepsza, gdyby Meg faktycznie utopiła Gustave'a.)


Mam też koszmarne problemy z samą postacią Christine Daaé. W stosunku do tej z "Upiora w operze" jest bardziej zdecydowaną osobą, ale najwyraźniej 10 lat życia z Raoulem sprawiło, że nie ma już nic przeciwko związkowi z manipulatorem i mordercą, byle tylko był trzeźwym muzykiem. Nawet jak grozi "nieszczęśliwym wypadkiem" jej dziecku. W dodatku w drugim akcie zostaje relegowana do roli wygranej w zakładzie dwóch facetów z przerostem, hm, testosteronu, o którym nie ma pojęcia ("Devil Takes the Hindmost").

Mimo tych wszystkich wad kupię DVD. Dlaczego? Jest na nim australijska wersja z Melbourne, zrobiona bez oszczędności. Sceny wprowadzające Phantasmę (cyrk Erica na Coney Island) są zrobione z rozmachem sugerującym, że ALW widział "Wicked" i spodobało mu się na tyle, że postanowił też coś takiego stworzyć. Poza tym w roli Christine została obsadzona Anna O'Byrne, która A) potrafi śpiewać! B) w niektórych ujęciach wygląda jak młoda Julie Andrews, C) jest najbliższa temu obrazowi Christine, jaki ja mam w głowie. Kostiumy są cudowne, muzyka porządnie skomponowana. Głównym powodem zakupu będzie jednak "Beauty Underneath", fantastycznie campowy kawałek zaaranżowany na rockowo w stylu lat 80-tych (zdaje się, że Webber widział też "Repo!" i uznał, że też tak chce!). Pisałam już kiedyś, że w teatrze szukam momentów chwytających za gardło i tu taki dostałam. Dla mnie to wystarczający powód, by komuś zapłacić za dzieło kultury (przy czym "dzieło" w tym wypadku powinno być wzięte w spory cudzysłów), a "Love Never Dies" dołożyło mi gratis fantastyczną interpretację tytułowej arii w wykonaniu Anny O'Byrne.

"Love Never Dies" ma wady, och, jakie ma wady! Właściwie zalety są jak rodzynki w zakalcu. Całe zakończenie byłam w stanie zaakceptować dopiero wtedy, gdy zracjonalizowałam je sobie jako świadomą grę z dziewiętnastowiecznymi powieściami grozy. Cały musical miałby szanse na odniesienie sukcesu, choćby z powodu muzyki, gdyby wersja z West Endu choć w części przypominała australijską, a nie była tylko jej cieniem. Przyznajcie, po tytule notki spodziewaliście się, że bezlitośnie skrytykuję ten musical. No nie. Nie jest wybitny, ale też nie jest aż tak zły, jak się spodziewałam - z drugiej strony nigdy nie byłam wielką fanką "Upiora w operze".

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.