... i z powrotem

by 12.12.14 73 komentarze
(Kurczę, jak ja teraz żałuję, że użyłam tytułu "Szaleństwo króla Thorina" rok temu...)

Last goodbye
Jeśli czytacie Fangirl's Guide od lat, to pewnie zauważyliście, że mój entuzjazm wobec ekranizacji "Hobbita" rósł w miarę upływu czasu (część 1, część 2) (choć i tak najbardziej jestem zachwycona dodatkami na DVD do "Nieoczekiwanej podróży"). Wiecie też, że nie mogę czekać i na seans wybieram się do naszych południowych sąsiadów, którzy wprowadzają filmy Jacksona do kin zdecydowanie wcześniej. To właśnie zrobiłam wczoraj; zdążyłam się już podzielić wrażeniami z oglądania "Bitwy pięciu armii" na FB, pozwolę sobie ją tutaj przekopiować (jest bez spoilerów): 

Powróciwszy na ojczyzny łono zza południowej granicy spieszę donieść, że "Bitwa pięciu armii" jest filmem przyzwoitym mniej więcej do momentu, w którym pojawiają się czerwie pustyni (I kid you not). Potem niestety jest coraz gorzej, przy czym mamy podejrzenia, że film jest łatwiejszy do przełknięcia, gdyby zamykać oczy, kiedy na ekranie pojawia się Legolas "mommy issues" Greenleaf, bo wtedy omija się najgorsze kawałki i twarz mniej boli od facepalmów (serio, nie chcecie wiedzieć, co się wydarzyło na ekranie, gdy powiedziałam "Gdy myślisz, że już nie może być gorzej...") - choć z drugiej strony wtedy nie wiadomo, w jaki sposób Legolas pokonał swojego ojca w nieformalnym konkursie "Kto będzie ujeżdżał dziwniejsze zwierzę na polu bitwy". BTW, rogi jelenia? Bardzo przydatne w czasie bitwy, jeleniołoś nabiera na rogi jak koparka na szuflę orków, a Thranduil ciach ciach ciach i ucina im łebki jak Longin Podbipięta (I kid you not). Co byłoby fajniejsze, gdyby widz nie kibicował orkom, które powinny były wygrać tę bitwę z palcami w nosie, ale narrativum im nie pozwoliło.
Benedict Cumberbatch, co pewnie ucieszy fanki tegoż, dostał kolejną rolę do zagrania w filmie: szalonego króla Thorina (I kid you not), bo jako Smaug to wiele się nie nagrał.
Jeśli zaś chodzi o wątki miłosne, to zdecydowanie bardziej niż trójkącik Kiliego, Tauriel i Legolasa podobał mi się ten Alfrida i złota, zakończony happy endem, gdy stęsknione złoto znalazło Alfrida, który cały film go poszukuje i cały czas o nim mówi, w starej fontannie w opuszczonym Dale: oboje odchodzą w stronę zachodzącego słońca. Z drugiej strony, złoto mogło odejść z Alfridem, zranione do głębi przez Thorina, który uznał, że są na świecie rzeczy ważniejsze od niego, jak np. obściskiwanie się z kuzynem na polu walki (I kid you not).
A tak serio: Jacksonowi zabrakło wyczucia. Film jest jedną wielką imponującą katastrofą z bardzo źle rozłożonymi akcentami. Są świetne momenty, np. walka Thorina z Azogiem (nawet jeśli Azog walczy pumeksem...), a aktorzy robią, co mogą, by uratować film (zwłaszcza Freeman), ale ostatecznie niewiele mogą zrobić. Szkoda.
I tak to z grubsza wygląda. A w szczegółach? (Spoilery za wcięciem.)

Nie będę pisać typowej recenzji, ostatnio mam do nich awersję, pozwólcie więc, że po prostu wspomnę o kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu rzeczach, o których pomyślałam po seansie.


Rzeczy, których wolałam nie wiedzieć:

- "mommy issues" Legolasa, którym poświęcono może ze dwa zdania dialogów i którymi jest tłumaczona jego fascynacja Tauriel; tak jak w drugiej części uważałam, że wprowadzenie wątku miłości pomiędzy Tauriel i Kilim było zrobione bardzo "od czapy", tak tutaj mam to samo wrażenie przy temacie matki Legolasa. Która go kochała. Bardziej niż życie. WTF?

- do czego służą rogi jelenia: podobno to nie łoś, tylko jakiś wyginięty prehistoryczny gatunek jelenia. Nieważne, i tak Thranduilowi chodzi tylko o to, by wygrać konkurs na ujeżdżanie najdziwniejszego zwierzęcia na polu bitwy, a konkurencja jest spora, bo Dain jeździ na knurze bojowym, orki na wargach, Thorin, Dwalin, Kili i Fili na kozicomuflonach, ale wygrywa Legolas na nietoperzu. I kid you not.

-"Prince of Persia" wynaleziono w Środziemiu. Ktoś w Dale poczuł się zainspirowany tym, co w trakcie walki robi Legolas i zrobił grę. Nie wierzę w żadne inne wyjaśnienie.

Goodnight, sweet prince
- istnieją specjalne gobliny do rozwalania głową murów. Są duże, na głowie mają skałę i są jednorazowego użytku. Ktoś powinien był powiedzieć Jacksonowi, że nie wszystkie jego głupie, fanboyowe pomysły dotyczące epickich walk w Śródziemiu muszą znaleźć się na ekranie, Moment, właśnie zdałam sobie sprawę z okropnej możliwości: a co, jeśli Jackson kogoś takiego ma i na ekranie widzimy tylko te lepsze pomysły? Gdzie jest moja szczotka do mózgu?

- w Środziemiu są czerwie pustyni. To też nie jest żart.

- Alfrid miał krasnoludzkich przodków. Srsly, ta obsesja na punkcie złota nie wzięła się znikąd. Inna sprawa, że jego wątek, choć zabawny, zajmował miejsce rzeczy, które faktycznie chciałabym zobaczyć, np. sceny pogrzebu Thorina. I nawet nie chodzi o jego pojednanie z Bilbem, bo ta kwestia w filmie jest rozwiązana zdecydowanie lepiej niż w książce, ale może oddanie martwemu, ostatniemu w swojej linii Królowi pod Górą Klejnotu wywołało by u mnie jakieś wzruszenie. Bo niestety tego film u mnie nie spowodował.

- Beorn jest spadochroniarzem a'la Steve Rogers ("Po co jeszcze spadochron, króliku?")

- psychodela a'la lata 60-te na złotej posadzce w Ereborze to jakby nie ta stylistyka. Znaczy fajnie, że tyle czasu poświęcono szaleństwu Thorina, to bardzo ważny watek, ale jakby lepiej pokazuje to scena z żołędziem, rozmowa z Dwalinem czy bezradność Balina. Albo cała sytuacja na bramie, gdy Thorin dowiaduje się, gdzie jest Arkenstone. Armitage gra fantastycznie. Psychodela jest zbędna.

- rozpacz Tauriel po śmierci Kiliego. Nie jestem hejterką Tauriel, ale uważam, że jej wprowadzenie do filmu sprawiło, że scena śmierci siostrzeńców Thorina wypada lepiej w książce. Zwłaszcza Fili został potraktowany po macoszemu i można to było zrobić lepiej.


Rzeczy, które chciałabym wiedzieć:

- gdzie elfy w tej Mrocznej Puszczy ćwiczyły manewry wojenne? Tam nie ma aż tak wielkich polan, ich siedziba też raczej jest pojemna bardziej wertykalnie niż horyzontalnie, ale wojsko zachowuje się imponująco profesjonalnie.


Rzeczy, które były rewelacyjne i powinno być ich więcej:

Bilbo is judging you
- Bilbo zanoszący Arkenstone do Barda i Thranduila.

- Bilbo przyznający się Thorinowi, że zaniósł Arkenstone Bardowi i Thranduilowi.

- Bilbo, który nie potrafi powiedzieć, kim był dla niego Thorin.

- Bilbo, który patrzy na śmierć Filiego.

- Bilbo, na którego rękach umiera Thorin.

- Bilbo siedzący z Gandalfem po bitwie.

- Bilbo rozmawiający z Thorinem o żołędziu.

- ogólnie więcej Bilba, na litość boską, ten film jest zatytułowany "Hobbit", a Martin Freeman jest RE-WE-LA-CYJ-NY. Jeżeli sceny śmierci mają jakikolwiek impakt na widzu, to tylko dzięki temu, że widzimy reakcję Bilba. A scena, gdy po bitwie siedzi z Gandalfem i obaj nie mogą się ucieszyć, że przeżyli: łamiąca serce.

- Bard, który mógł być okropny, a był fantastyczny, broniący rodziny, negocjujący z Thorinem (fantastycznie nakręcona scena), strzelający bez łuku do smoka, ogarniający tłum na brzegu jeziora, powstrzymujący lincz na Alfridzie, może już przestanę fangirlować. Luke Evans jest aktorem bardzo nierównym, ale od momentu jego pojawienia się na ekranie w "Pustkowiu Smauga" ja jestem nim zachwycona. Bard jest jedną z moich ulubionych postaci i nawet wybaczam mu okropną uwagę o wystającej halce.

 

- walka Thorina z Azogiem, gdy ten pierwszy odsunął miecz (elficki miecz!), de facto popełniając samobójstwo ale wiedząc, że to jedyna możliwość, by zabić Azoga. Albo jak wcześniej po prostu zszedł z kry. Albo jak patrzył na Azoga pod lodem, upajając się zwycięstwem; cała scena mogła mieć feel kolejnej areny z "Tekkena", ale nie miała i spora w tym zasługa Armitage'a. Serio, to jest coś, do czego na pewno będę często wracać.

- Cumberbatch podkładający głos pod Armitage'a. I kid you not.

- więcej działań wojennych orków, którym kibicowałam, bo mieli strategię, taktykę, dobrego wodza, wsparcie lotnicze, zastawiali pułapki, a ich system wydawania rozkazów na polu bitwy (sekary!) był genialny. Poza tym wygrywali tę bitwę i gdyby nie orły, ta defaultowa śródziemska deus ex machina, gdy tylko Tolkien "zapisał" się w kozi róg, to historia Trzeciej Ery wyglądałaby zupełnie inaczej.

- manewry krasnoludów (żółw!) i dostosowujące się do nich elfy - zanim bitwa pięciu armii zostaje rozmieniona na dziwne pojedynki bohaterów z liniami dialogowymi, mamy okazję zobaczyć na ekranie manewry krasnoludów i elfów i to jest jeden z najjaśniejszych momentów filmu.

- twórcze rozwijanie pojedynczych zdań z książki do pełnych scen, np. walkę Białej Rady z czarnoksiężnikiem z Angmaru. Nie tylko dlatego, że można wtedy zobaczyć Elronda w zbroi czy Galadrielę zrobioną na topielicę, ale dlatego, że to pokazuje zrozumienie materiału wyjściowego zdecydowanie lepiej niż Thranduil sugerujący Legolasowi, by poszedł szukać Aragorna, skoro nie chce wracać do domu.

- Gundabad. Tak, wiem, jestem dziwna, podobają mi się dziwne rzeczy. Do moich ulubionych lokacji w Śródziemiu (Miasto na Jeziorze!) dołączył Gundabad. Jest brutalistycznie prześliczny. Strasznie też podobała mi się zamarznięta tafla Bystrej Rzeki i wodospad.

- Thranduil będący sobą. 


Podsumowując: to nie jest dobry film. Niestety. Jacksonowi zabrakło wyczucia, zostawił rzeczy niepotrzebne, a wyrzucił te dobre (zawsze jest wersja rozszerzona, ale pierwsze wrażenie można wywrzeć tylko raz). Jest mi żal, bo mam do tej trylogii bardzo emocjonalny stosunek, ale z drugiej strony na seansie, mimo facepalmów, bawiłam się nieźle. Aktorzy się starali, efekty specjalne oprócz klonowanych elfów też nie były jakieś straszliwe. Brak tylko klimatu. I nie, śpiewana przez Billy'ego Boyda na koniec piosenka tego akurat nie uratuje.



Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.