"Niżby nie kochać wcale". Słów kilka o drugim sezonie "In the Flesh"

by 6.7.14 17 komentarze
Istnieje taka teoria spiskowa, z którą zresztą w stu procentach się zgadzam, że brytyjskim aktorom dosypuje się czegoś do wody, by tak fantastycznie wykonywali swój wyuczony zawód. Mało kto jednak podejrzewa, właściwie nie wiem dlaczego, że ten sam proceder jest stosowany na scenarzystach.

Gdy w kwietniu zeszłego roku obejrzałam pierwszy sezon "In the Flesh", serialu o zombie produkcji BBC, który tak naprawdę o zombie był w naprawdę niewielkim stopniu, a bardziej o reakcjach ludzi na odmienność, uważałam potem, że choć świat przedstawiony i jego mieszkańcy chwytają za serce, to biorąc pod uwagę to, co najbardziej bolało przy oglądaniu tej krótkiej, trzyodcinkowej historii sprawiało jednocześnie, że nie da się wrócić do Roarton z czymś ciekawszym. I rany, jak się myliłam! W dodatku strasznie się cieszę, że się myliłam.

Pod wcięciem spoilery do drugiego sezonu "In the Flesh".

Są seriale, którym nie służy większa ilość odcinków (na ciebie patrzę, "Teen Wolfie"!), ale pierwszy (z sześciu) epizod drugiego sezonu dawał sporą nadzieję, wprowadzając nowe postaci i każąc starym zmierzyć się z wydarzeniami pierwszego sezonu. Na szczęście Dominic Mitchell poradził sobie z wyzwaniem śpiewająco; a przypomnę tylko, że poprzeczkę postawił sobie na tyle wysoko, że za swoje wysiłki otrzymał BAFTĘ, pokonując m.in. bardzo dobrze oceniane "The Fall" z Gillian Anderson. Zresztą całkowicie zasłużenie, bo to znakomita historia i świetne, świeże wykorzystanie toposu zombie było.

Rzadko się jednak zdarza, by ostatnie odcinki dwóch sezonów rozbijały mnie tak samo. Przez pewien czas miałam spore obawy, czy "In the Flesh" poradzi sobie z moimi wygórowanymi oczekiwaniami i w efekcie po trzecim epizodzie porzuciłam oglądanie na dobrych kilka tygodni. Dziś jednak do tego wróciłam i wchłonęłam trzy epizody na raz. I  znowu mnie uderzył ten serial jak obuchem, powalił na deski i wytarmosił za uczucia. W tej chwili trzymam kciuki za to, by trzeci sezon jednak powstał, bo istnieje groźba zdjęcia "In the Flesh" z anteny (zupełnie nie rozumiem, dlaczego...)

O, dowcip!
Dla przypomnienia: do Roarton sprowadzają się Maxine Martin, poseł, członkini partii Victus, która namawia do drastycznego ograniczenia praw nieumarłym oraz Simon Monroe, jeden z dwunastu apostołów Nieumarłego Proroka, członek Armii Wyzwolenia Nieumarłych, która głosi ich wyższość nad żywymi. Ninedin napisała ostatnio fantastyczną notkę o ekstremistach u Pratchetta, wskazując, że mechanizmy działania takich ludzi są uniwersalne. Mitchell od początku ustawia nas w opozycji do panny Martin, która kłamie, manipuluje faktami i zadziera nosa, ale to wcale nie znaczy, że Simon jest lepszy (co zresztą fantastycznie wypomina mu w pewnym momencie Kieren). Starcie dwóch silnych, charyzmatycznych osobowości odbija się na reszcie mieszkańców Roarton: do łask wraca Human Volunteer Force, która za czasów Powstania polowała na zombie, a teraz ma patrolować okolice, by uczynić ją bardziej bezpieczną. Nieumarli zmuszeni są do bezpłatnej pracy na rzecz społeczeństwa, oznakowani i upokarzani na każdym kroku jako obywatele drugiej kategorii. Atmosfera jest taka, że po pewnym czasie widz zaczyna podejrzewać wszystkich o dwulicowość i brak życzliwości. Mieszkańcy Roarton powoli zaczynają otwarcie okazywać swój stosunek do cierpiących na PDS i nie jest to piękny widok.

Dla Kierena to wszystko ma osobisty wymiar. Jego siostra Jem wraca do czynnej służby (mimo, że cierpi na PTSD), a okazuje się, że rodzice też nie do końca są pogodzeni z jego stanem. Zwłaszcza ojciec, który co prawda lepiej radzi sobie z werbalizacją uczuć niż w pierwszym sezonie, ale to wcale nie znaczy, że sobie z nimi radzi. Podświadomie ciągle uważa syna za zagrożenie dla swojej rodziny i te lęki wypływają na powierzchnię pod wpływem rosnącej emancypacji Kierena.


Ta snująca się smętnie leluja, którą był Kieren z pierwszego sezonu, powoli bowiem odchodzi w niepamięć. Chłopak częściej się uśmiecha (co może mieć związek z tym, że znalazł nowy obiekt uczuć) i nie dusi w sobie emocji. Jest to prawdopodobnie wpływ zaraźliwie optymistycznej (a przez to koszmarnie irytującej, serio, nieumarła manic pixie girl, brrr) Amy. Potrafi się odszczekać ojcu, Gary'emu, wygarnia też Simonowi stosowanie sztuczek jak w sekcie do realizacji niecnych celów. Strasznie mi się ten rozwój postaci podoba, zwłaszcza to, jak Luke Newberry fantastycznie to gra. Scena, w której Kieren patrzy w końcu w lustro, prostuje się i próbuje się uśmiechnąć jest warta wszystkich nagród.

Jednak sezon drugi nie koncentruje się wcale na Kierenie. Pewnie, nadal jest on osią wydarzeń, wokół której koncentruje się akcja serialu, ale tak naprawdę to inne postaci są ciekawsze. Simon, który na początku jest fanatycznym bucem z wielkim ego i misją od Proroka okazuje się być wrażliwym altruistą, którego przystąpienie do ULA miało sporo wspólnego z tym, że byli to jedyny ludzie, którym na nim zależało w trudnym momencie jego życia (BTW, jego pobyt w szpitalu, pokazany w piątym odcinku, fantastycznie wygrywał motyw Frankensteina - nie do końca potwora Frankensteina z oczywistych względów - ale mnie osobiście najbardziej podobało się ustawienie kadrów jako sceny ukrzyżowania i obrazu "Ostatnia wieczerza"). Strasznie go jako postaci nie znosiłam, a już uczynienie go obiektem uczuć Kierena wręcz odchorowałam, uważając, że Simon wykorzystuje go do własnych celów. Wyobraźcie więc sobie moje zaskoczenie, gdy nagle okazał się być rycerzem na białym koniu, heroldem stojącym u boku Kierena jak nie przymierzając Raleigh Beckett u boku Mako Mori.

Podobne zaskoczenie przeżyłam zresztą w stosunku do Maxine Martin, gdy okazało się, że wcale nie ma takiej władzy nad mieszkańcami Roarton jak mogłoby się wydawać...

Strasznie żałuję, że większej roli nie ma Dean. Lubię Gary'ego, nie zrozumcie mnie źle, ale on jakiejś wielkiej zmiany nie przechodzi, nawet jeśli w końcu zaczyna chodzić z Jem. Dean natomiast plącze się gdzieś w tle, przystępuje ponownie do HVF, szkoli (musztruje?) nieumarłych, ale jednocześnie chce pracować ze swoim przywróconym do życia przyjacielem. Pewnie, polował na zombie, ale teraz zombie są jego sąsiadami, więc przecież nie będzie ich gorzej traktował, prawda?

Ale jednak najmocniejszy był wątek Phillipa, Wydaje się on być oportunistycznym, politycznym szczurkiem, który dba tylko o własną wygodę (i w dodatku ciągle mieszka z mamusią). Pod koniec zaś jego historia przyprawia o rwanie w sercu i nie mam nawet Mitchellowi za złe, że '"zalodówkował" Amy. No, nie mam mu za bardzo za złe, bo jednak jest to taki sobie chwyt fabularny. Poza tym najbardziej miałam ochotę go przytulić nie wtedy, gdy siedział i moknął na cmentarzu, ale wtedy, gdy stawał koło innych klientów burdelu. Albo wtedy, gdy syczał na tę obrzydłą podglądaczkę panią Lamb podczas festynu. Albo wtedy, gdy się uśmiechał grając w mini-golfa.

Podobały mi się też drobne smaczki: teściowa wracająca zza grobu, by uprzykrzyć życie synowej, zdradzając jej, kto jest mordercą w serialu kryminalnym czy mąż, po którym wdowa zdążyła w międzyczasie ponownie wyjść za mąż. Podobał mi się ogólny dystopijny klimat z promykami nadziei. Ba, podoba mi się nawet to sugerowanie, że Kieren jest jakimś wybrańcem, choć zaczynam też podejrzewać, że Powstanie może być nie tyle sprawką Boga, co działaniem złej korporacji (dajcie mi sezon trzeci, nie kasujcie mi tego serialu!) i takie ustawienie ostatnich scen sezonu jako otwarcie do jeszcze większej intrygi z Kierenem w środku bardzo mi się podoba.

Nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć, by zachęcić niezdecydowanych do oglądania tego serialu. Dla mnie jest to po prostu perełka, fantastyczna historia, ciekawie skonstruowany świat z pełnokrwistymi postaciami nawet na trzecim planie (dwie panie z pubu) i chciałabym, żeby wszyscy mój zachwyt podzielali. Uważam, że "In the Flesh" można z pełną premedytacją ustawić na półce z takimi klasykami gatunku jak "Noc żywych trupów" czy "World War Z" (książkę mam na myśli). Jest gore, jest horror, ale przede wszystkim są historie ludzi, którzy muszą radzić sobie z życiem po końcu świata. Jestem też przeświadczona, że Dominic Mitchell jest w stanie napisać równie dobre kolejne sezony. Tylko niech BBC da mu szansę.

Brak trzeciego sezonu jest gorszy!

P.S. W drugim sezonie podobały mi się jeszcze dwie rzeczy: żarty (ten o odgryzaniu ramienia czy szkarłatnej literze!) oraz użycie poezji:

I hold it true, whate'er befall;
I feel it, when I sorrow most;
'Tis better to have loved and lost
Than never to have loved at all.

P.S. 2 Fantastyczna analiza pairingu Kieren/Simon.

P.S. 3 OK, to tylko jeszcze rewelacyjny wywiad z Mitchellem tu położę, dobra?

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.